13 lutego zginął w wypadku mój przyjaciel. Znaliśmy się od dzieciństwa. Całą podstawówkę przesiedzieliśmy w jednej ławce, razem siedzieliśmy w liceum i razem jeździliśmy studiować do Łodzi.
Od jakiegoś czasu widywaliśmy się rzadko, każdy z nas poszedł w swoją stronę. Spotykałem go regularnie w kościele w wigilię i wówczas rozmawialiśmy i śmialiśmy się w ten jedynie nam znany sposób… Ostatni raz widziałem go 24 grudnia i ostatni raz z nim wówczas rozmawiałem – tak jak zawsze, swobodnie.
Był cichy. Gdy teraz o nim myślę, dostrzegam, że to ja zawsze chciałem być blisko niego. Nigdy nie byłem gadułą, ale w naszym związku, to on przeważnie słuchał. Akceptował mnie, czego, przez długi czas, nie potrafił nikt inny. A ja potrzebowałem jego, by nie być sam.
Miał cudowny charakter. Był spokojny, pracowity i uczciwy. Potrafił jednym słowem uświadomić mi, że źle robię i gdy to mówił, wiedziałem, że ma rację. Każdy kolejny mój znajomy, miał w sobie coś, co mnie wkurzało. On był bezkompromisowym przyjacielem. Chyba tego nie doceniałem… Znaliśmy się 29 lat – całe życie.
To, że był, jest i będzie, było dla mnie sprawą oczywistą. Boli mnie to, że się nie pożegnałem i już nigdy go nie zobaczę. Nigdy też powiedziałem mu, jak ważny był dla mnie i jak wiele dla mnie zrobił.
Dziś pochowałem przyjaciela. Boję się, że jedynego jakiego miałem.