#550

Jeżeli napiszę, że ten weekend minął mi szybko, będzie to banał, ale tak to czuję.

Korzystając z pięknego słońca, sobotę przesiedziałem na podwórku. Doprowadzałem swoją kolarzówkę do porządku. Przełożyłem licznik, którego mi w niej brakowało, bo to tym rowerem przejeżdżam najwięcej kilometrów. Po skończonej pracy, przyszedł czas na motocykl, którego tak naprawdę nie czyściłem od niepamiętnych czasów. Rozebrałem gaźnik i wymyłem go benzyną, przy okazji sam nieźle się nią wymyłem i mam wrażanie, że do tej porty jej zapach się za mną ciągnie.

Po powrocie do domu wsiąknąłem, sam nie wiem gdzie, prawdopodobnie zatrzymałem się na chwilę przy komputerze, odpaliłem przeglądarkę internetową i tyle mnie widzieli. Sam nie potrafię odpowiedzieć sobie, co wówczas robiłem, bo na pewno nie było to coś kreatywnego.

Dziś pogoda była nieco gorsza, brakowało słońca, a w domu zimno, więc gdy tylko wstałem i zjadłem śniadanie położyłem się pod kocem i zasnąłem. Sam nie wiem co mnie skłoniło do tego, aby po objedzie pójść na rower, chyba tylko fakt, że go wcześniej przygotowałem. Mimo braku słońca, było ciepło. Oderwałem się od komputera, który ostatnio do niczego mi nie służy… niczego dobrego.

I tutaj mógłbym zakończyć, ale dopiero teraz zaczęło się to, co najważniejsze i co skłoniło mnie do napisania. Na początku jechałem szybko i zdecydowanie, było mi zimno i wyszedłem z domu niechętnie, chciałem szybko skończyć, to co zaplanowałem. Jednak z czasem i rosnącą liczbą kilometrów, które dzieliły mnie do domu, moje nastawienie się zmieniało. Z za chmur wyszło słońce, zwolniłem, zacząłem uważnie się rozglądać i dostrzegać coś, czego dawno nie widziałem – piękno natury. Może to banał, ale tego piękna w mieście nie widać. Nie widać go również z za szyb pędzącego samochodu. Trzeba pojechać tam, gdzie słychać ptaków śpiew i gdzie nic im nie przeszkadza, żadne dżwięki człowieka. Wśród pól, na asfaltowej drodze, którą jeździłem lata wcześniej, poczułem się wolny i naprawdę szczęśliwy. Sam nie wiedziałem, że tak bardzo przyjmuję się tym, co się dzieje w polityce, tam gdzie wówczas byłem nie miła ona najmniejszego znaczenia i to poczucie wolności uświadomiło mi, że te kajdany, które mi ciążą, mam w głowie. Wszystko co mnie martwiło, w jednej chwili przestało wywierać na mnie nacisk. Zsiadłem z roweru, stanąłem na pustej, wiejskiej, wijącej się między łąkami drodze, po której nikt nie jechał i czułem się jakbym miał naście lat i jakby wszystko było przede mną.

Kilkanaście lat temu jeździłem rowerem, nie miałem wówczas prawa jazdy, i jeździłem tą samą trasą. Jeszcze wczoraj myślałem, że powietrze wtedy pachniało intensywniej, a życie smakowało lepiej i dziś uświadomiłem sobie, że to nieprawda… Wystarczyło zrobić, to co robiłem wówczas – ruszyć przed siebie, odłożyć komputer na bok i cieszyć się tym, że ta droga… ta łąką, nadal niecierpliwie czekają aż je odkryję.

Obiecałem sobie, że nie zapomnę tego uczucia, ale wystarczyło wrócić do domu, abym zaraz wbił się w swe stare, złe nawyki i bym usiadł przed komputerem. Ze wszystkim, co marnuje mój czas, rozprawię się jak z nasza-klasa i facebookiem – zrezygnuję ze szkodników.

Zmartwiła mnie jeszcze jedna rzecz, brak rowerzystów. Praktycznie ich nie widziałem, choć w tym samym czasie przejechało obok mnie kilkadziesiąt samochodów… a z nich nie widać tego, co najpiękniejsze. Podobnie jak nie widać tego w mieście.

Miasto śmierdzi, miasto otumania, zniewala, powoduje depresje i wyrzuty sumienia, wykańcza i nie daje nadziei. Brzydzę się miastem, bo mieszkają w nim smutni ludzie. Ja jestem skądinąd, tylko o tym zapominam i przez to robię sobie krzywdę.