#541

Pogoda skłania do zadumy. Powietrze jest rześkie, opadły liście z drzew, a w powietrzu unosi się zapach dymu. Wróciłem z rolek i zauważyłem, że sporo zdążyło się zmienić przez ostatnie dwa tygodnie. Drzewa mniej zasłaniają miasta, przez co wydaje się, że zrobiło się w nim więcej przestrzeni. Jest chłodno, ale nie zimno. Nie jest morko. Szurają liście przesuwane przez wiatr po chodnikach. Bardzo lubię tę porę roku, w takich okolicznościach. Budzi się we mnie melancholia, zaczynam wspominać i podsumowywać, wszystko to, co wydarzyło się latem, wiosną, od ubiegłej jesieni i tej dziesięć lat wcześniej. Lubię to, bo później zawsze rodzą się jakieś plany. Lubię tę porę roku za to, że mogę wrócić do przytulnego, ciepłego domu i napić się gorącej herbaty, która smakuje wówczas wyjątkowo dobrze. Żadna inna pora roku, mimo iż są piękniejsze, nie jest dla mnie tak inspirująca jak jesień.

Załączają mi się w taki dni jak dziś, samoczynnie i zupełnie niespodziewanie utwory, których nie słuchałem wieki, jak ten poniżej. I mimo, że nie mam ulubionej płyty, ta na pewno była by jedną z najlepszych na taką pogodę.

#539

Mała Czarna

Poznaliśmy się na IRCu, na kanale #poezja. To było w czasie, gdy jeszcze prowadziłem kawiarenkę internetową, a w domu nie miałem stałego dostępu do sieci. Szukałem jej od dłuższego czasu… Gdy się spotkaliśmy po raz pierwszy w Bełchatowie, było inaczej niż zazwyczaj, podczas takich internetowych „randek”. Gdy ją wówczas zobaczyłem pomyślałem o niej: mała czarna. Gdy kilka miesięcy później zapytała mnie, od kiedyś jesteśmy razem, odpowiedziałem, że od początku. Wątpliwości – głupie, przyszły później, by szybko, choć boleśnie minąć…