#520

Dziwne i nieprzyjemne uczucie pustki mnie ogarnia. Zimno w pokoju, na dworze też słońca brak. Nawet te najcieplejsze miejsca w domu, są chłodne i nie relaksują jak wcześniej. Po pracy odpoczywam i tak uciekają mi minuty, a później godziny i wieczory. Aż do nocy, gdy jest za późno, aby zabrać się za cokolwiek. Bo trzeba położyć się spać, by kolejny dzień nie był zbyt ciężki już od samego rana.

Brakuje chęci, aby mieć na coś ochotę – coś zrobić, zacząć lub dokończyć. Brak mi emocji, zapału, nadziei. Czuję się przygaszony i pozbawiony energii. Za dużo się zastanawiam, zamiast działać. Zbyt wiele czasu poświęcam temu, co nieprzydatne, przyziemne i co odwraca uwagę.

Nie słucham muzyki. Nic mnie nie inspiruje. Czuję się pusty i niespełniony.

Ostatnio codziennie nim zasnę.

#519

Czasami gdy trwasz z dnia na dzień, nie dostrzegasz, że coś obok się zmienia. Jeżeli z tego trwania uda Ci się wyrwać, już nigdy rzeczy i miejsca, do których przywykłeś nie będą takie same.

Byłem w Suchedniowie, tutaj w dzieciństwie spędzałem mnóstwo czasu. Przyjeżdżałem do dziadków. Pamiętam gospodarstwo, dużo mniejsze niż to na Zelówku. Nie trzeba było tyle pracować, bo wszystkim zajmował się dziadek. Babcia rozpieszczała mnie, brata oraz kuzynów, którzy mieszkali niedaleko. Przyjeżdżałem tutaj najczęściej na wakacje i na ferie zimowe. Latem, chodziliśmy nad rzekę, bawiliśmy się drewnianymi pistoletami, strzelaliśmy z procy i chodziliśmy po dachach. Czasami ktoś z dorosłych zabierał nas nad zalew, na kąpielisko, gdzie kupowaliśmy gofry i zajadaliśmy się lodami bambino. W samo południe, gdy prażyło słońce, oglądaliśmy „Gang Olsena” lub komedie, z w których grał Louis de Funès, a które były wyświetlane w TVP2. Często chodziliśmy do lasu lub na pobliskie sadzawki. Przy czym las, który znajdował się nieopodal, to była i nadal jest prawdziwa puszcza, która ciągnie się dziesiątki kilometrów.

Pamiętam żniwa i żółte pola na pagórkach. Pośród pól rosła sosna. Było ją widać z podwórka, a tam gdzie stała było babci pole. Gdy byłem mały, było to bardzo daleko. Dziś idąc tam, już jej nie dostrzegłem – zarosła. Zasłoniły ja inne, dużo młodsze drzewa, które porosły nieużywane od lat pola. Zmienił się krajobraz, choć na horyzoncie wciąż stoi ten sam dom.

Przemijanie…

#518

Rok temu byłem na juwenaliach w Łodzi. Dwa lata temu, w Warszawie, trzy lata temu, w Poznaniu. W tym roku zostałem w Zelowie.

Jutro jadę do Suchedniowa, na osiemdziesiąte urodziny babci.

#516

Pada. Deszcz wieczorem wywołuje we mnie melancholię. Porywisty wiatr potęguje to uczucie. Spaceruję po domu, wciskam się w każdy kąt, wtulam w fotele. W domu jest przytulnie, a każde miejsce przywołuje wspomnienia. Często wracam pamięcią do roku 1997, gdy dużą część wakacji spędziłem oglądając w telewizji relacje z powodzi tysiąclecia. Najbardziej z tego okresu utkwił mi w pamięci fakt, że w prasie komputerowej, którą wówczas czytałem, szukałem informacji o modemach, dzięki którym mógłbym mieć dostęp do Internetu. Modem kupiłem we wrześniu. Dziwnie wyglądał Internet w tamtym czasie. Był tandetny, ale i bardziej intrygujący. Nie było baz danych, takich jak Facebook, czy Wikipedia, a większość informacji znajdowała się na prywatnych stronach, przeważnie zakładanych na darmowych kontach. Pamiętam swój pierwszy adres email: ikaijsd@polbox.com w nieistniejącej już domenie. Internet rozliczało się na impuls telefoniczne i kosztował jakieś 3,5 zł za godzinę. Pamiętam jak kilka dni po podłączeniu, pobrałem z sieci, z jakiegoś serwera FTP teledysk Michaela Jacksona – Thriller. Trwało to chyba grubo ponad godzinę, a jakoś obrazu była mizerna, ale w sam raz do obejrzenia na ówczesnym komputerze. To było coś, czym można było się pochwalić przed znajomymi. I co pokazywało jakie możliwości daje to „okno na świat”. Nigdy wcześniej nie miałem okazji zobaczyć tego teledysku i do dzisiaj kojarzy mi się on z pierwszym kontaktem z globalną pajęczyną.

We wakacje tamtego roku, miałem jeszcze swojego niezmodernizowanego Optimusa z procesorem Pentium 75, miał 8 MB pamięci RAM, dysk 850 MB, kartę graficzną 1 MB oraz napęd CD 6x. Gdy kupiłem modem, zmieniłem procesor na Pentium 133 i dołożyłem kolejne 8 MB pamięci RAM. Był to wówczas całkiem przyzwoity pecet. Dostarczał tyle emocji, ile żaden inny komputer później.

Teraz komputery już tak nie bawią, a Internet stał się w dużej mierze komercyjny.

Pada deszcz. Rano nie mam ochoty wstawać. Dudni w rynnie, brakuje mi tylko dźwięku odkurzacza, pustego domu i urlopu, abym mógł cały dzień płynąć otulony ciepłym powietrzem i wsłuchując się w wycie, które sprawia, że traci się kontakt z rzeczywistością.

A krzywy gwóźdź nadal leży na moim biurku…

#515

Dni w tygodniu mijają szybko. Mimo iż męczące, to podobne są do siebie przez co zlewają się w jeden. Ostatnio chodzę spać wcześniej niż zazwyczaj, pod koniec dnia zaczyna mi już brakować energii i nie mam nawet siły na siedzenie przed komputerem.

W sobotę byłem w Poznaniu, na absolutorium Natalii. Później wraz z jej rodzicami, poszliśmy na obiad do restauracji, a po nim, kręciłem się po mieście, ubrany jak do komunii. Źle się czuję w garniturze – zbyt poważnie, choć okazja bez wątpienia zasługiwała na uroczystą oprawę. Gdy tak spacerowałem wydawało mi się, że wszyscy dziwnie na mnie patrzą, co oczywiście prawdą nie było, bo owych wszystkich na pewno najmniej obchodziło to kim jestem. Co na szczęście w porę sobie uświadomiłem i przestałem przejmować się swym strojem.

Wieczorem, ubrany mniej oficjalnie, wykorzystując okazję jaką daje „Noc muzeów” poszliśmy odwiedzić kilka z nich. Byliśmy m. in. na Zamku, gdzie najbardziej zachwycałem się wnętrzem i ogromnymi komnatami. Oczywiście w tym czasie całe miasto było już opanowane przez kibiców Lecha, którzy świętowali wywalczenie Mistrzostwa Polski i nie sposób było nie zarazić się tym entuzjazmem, który ogarnął całe miasto. Na kolacje zapiekanka z Teatralki i podróż do domu, w śpiewającym autobusie. Dziś rano, powrót do Zelowa, wyścigi F1 i odpoczynek.

To był dobry weekend. To będzie kolejny zapracowany tydzień. W środę Natalia ma obronę.

#514

Wczoraj wstałem pół godziny przed siódmą. Zaplanowałem, że w drodze do Łodzi odwiedzę urząd skarbowy, by dopełnić formalności związanych z zakupem samochodu. Tak tak, mam kolejny. Wcześniej sprawdziłem, że urząd czynny jest od godziny siódmej. Jakież było moje zdziwienie, gdy okazało się, że owszem, drzwi są otwarte, ale w środku czynna jest tylko informacja, wszystkie okienka pozamykane, a to które mnie interesuje, czynne będzie o godzinie dziewiątej. Udało mi się tylko dowiedzieć, że we wtorek czynne będzie od siódmej, więc i dziś wstałem wcześniej, by móc osobiście stawić się i zasilić ciężko pracującą budżetówkę, w gotówkę. Niestety podbicie jednego dokumentu, przy niezbyt dużej kolejce trwało czterdzieści pięć minut. Najzabawniejsze było regulowanie należności w kasie. Po okazaniu w okienku dokumentu, urzędniczka odesłała mnie do okienka obok – pustego. Gdy obsłużyła już oczekujących w swoim okienku, przeszła do tego, do którego odesłała wszystkich, by po wydrukowaniu kolejnego dokumentu, odesłać po raz kolejny petentów z powrotem do pierwszego okienka, gdzie za chwilę sama miał się pojawić. Widać urzędy mają własny mikroświat i egzotyczne zasady. Wszystko po to, aby podatnik się więcej nie chciał w urzędzie pojawić.

Wieczorem po powrocie z pracy, porządkowałem pokój po malowaniu, by około godziny dwudziestej drugiej zabrać Grześka i Sebastiana na przejażdżkę na zwałowisko – jak za starych dobrych czasów.

Teraz chwilę odetchnę na rolkach, później wezmę gorącą kąpiel, by przed północą położyć się spać.

#513

Próbuję się zorganizować, ale nie jest to takie proste, za dużo rzeczy mnie rozprasza. Albo po prostu mam problemy z koncentracją.

Dziś wyciągnąłem z szafy gwóźdź, który tkwił w niej ponad dwadzieścia lat. Teraz leży powyginany na moim biurku, a ja zastanawiam się co z nim począć, bo czuję respekt, gdy myślę ile czasu upłynęło od chwili, gdy został wbity. Bardzo długo mocował jedną z półek, dziś przy okazji wymiany szafek w kuchni, zastąpiłem kilka półek w swoim pokoju nowszymi, stare wyrzuciłem, został mi tyle ten gwóźdź, którego zapomniałem wynieść z innymi rzeczami. W miejscu, w którym się teraz znajduje nie wygląda odpowiednio, nie pasuje tutaj, nie pełni żadnej funkcji i wprowadza bałagan, nad którym staram się zapanować. Jednak żal się go pozbywać, mimo, że jest pogięty i już na pewno się nie przyda. Żal mi go, jak wszystkiego, co minęło i już nie wróci. Mógłbym uczynić go symbolem przemijania, ale ciężko byłoby wytłumaczyć innym sentyment do krzywego gwoździa. Gdybym oprawił go w ramkę i powiesił na ścianie, byłby bardziej akceptowalny, bo dostałby nowe zastosowanie – dekoracyjne, jednak zastanawiam się, czy nie jest to zbyt drobna rzeczy, by nadać jej taką rangę. W końcu wyrzucałem już przedmioty o dużo większej wartości sentymentalnej.

Jednak gdy patrzę na niego, widzę gwóźdź niepowtarzalny, którego nie da się już kupić, ma bardzo charakterystyczny łepek – w siatkę, i wbijał go mój tata.