#504

Zaczęły się ferie, dyrektor wyjechał w Tatry zdobyć kolejny szczyt. Nie udało się, a mi wciąż nieprawdopodobne wydaje mi się to, że już go nigdy nie zobaczę. Tak długo był i w jednej chwili bez uprzedzenie odszedł. Zabrał ze sobą kawał świata, którego nigdy już nikt nie pozna. Powstała ogromna dziura, której nie uda się wypełnić.

Gdy człowiek umiera ze starości, odchodzi w sposób, z którym każdy się oswoił, który jest nieuchronny i przez to spodziewany. Czasami jednak ludzie odchodzą za szybko, bez pożegnania. Pęka po tym serce. Mam ochotę krzyczeć, bo przecież wydarzyła się straszna tragedia, ale świat jakby wcale się tym nie przejął. W Wiadomościach cisza. Ludzie żartują i śmieją się. Świat się nie zatrzymał. Jest taki, jak wcześniej. I jest to również moja wina, bo i mnie nie boli to, że gdzieś daleko, kogoś obcego, zabrakło…

Nie potrafię pogodzić się z tym, że tak niewiele wystarczy, by pożegnać się z życiem. Chwila nieuwagi i już, koniec. Pozostaje ogromna pustka, wspomnienia i profil na Naszej Klasie, gdzie już nic się nie zmieni. Książki można oddać do biblioteki, rzeczy osobiste spalić, dom sprzedać, a profil zostanie, tylko znajomych już nie będzie przybywać.

#503

Po premierze iPada, pod koniec stycznia na Szarotce rozgorzała dyskusja nad sensem istnienia takiego urządzenia. Jako pierwszy rzuciłem hasło, że jest to zabawka i nie znajdzie szerszego zastosowania. Po kilku dniach zmuszony byłem zweryfikować swoje przekonania, gdyż postanowiłem przed snem skorzystać z komputera w łóżku. Wówczas mnie oświeciło i nagle zrozumiałem, czym jest to nowe urządzenie. Nie o tym chcę dziś pisać, ale dzięki temu odkryciu spostrzegłem, że muzykę, filmy i książki, będzie można zamienić na iPada. Samo urządzenie jest bezużyteczne, a właściwie powinienem napisać, bezduszne. Ale można ja zapełnić treścią. Kiedyś treść, czyli to, co ma na nas ogromny wpływ – muzyka, film i książki i trzymało się na półce, a od teraz będzie można to wszystko trzymać w postaci zer i jedynek na dysku twardym. I coś okrutnie mnie przeraziło, bo wszystko to, gdy nas już nie będzie, nigdy nie nabierze tej metafizycznej siły, jaką mają rzeczy osobiste, które po kimś zostają.

Wczoraj, robiąc to co kocha, zginął tragicznie Jarosław Dziurdzia. Dyrektor gimnazjum i liceum w Zelowie. Poznałem go, podczas egzaminów do liceum w 1997 roku. Nie pamiętam szczegółów, ale wydał mi się bardzo młody jak na dyrektora. W podstawówce mieliśmy dużo starszego, więc wydawało mi się, że w liceum tym bardziej, dyrektorem powinien być ktoś, kto ma sporo lat na karku.

Jako, że w szkole mieliśmy sporo komputerów, a osób, które się na nich znały, było niewiele, czasami pomagałem w „naprawach” sprzętu w pokoju nauczycielskim i w pokoju dyrektora. Poznałem go wówczas nieco bliżej. Od pierwszego spotkania zwracał się do mnie po imieniu i wydał mi się ogromnie sympatyczny. Tak naprawdę to nie przypominam sobie bym miał z nim kiedykolwiek jakiś konflikt. Gdyby nie to, że był dyrektorem, a później moim szefem, gdy pracowałem w szkole i uczułem informatyki, zakolegował bym się z nim. Co ciekawe, on od początku znajomości uważał mnie za swojego kumpla, bo spoglądając wstecz, był jedyną osobą w całej szkole, od której otrzymywałem wsparcie zawsze i do samego końca.

Jestem przeczulony na swoim punkcie i jeżeli ktoś mnie kopnie, powie coś przykrego pod moim adresem, zapamiętuję to na bardzo długo. Jemu, nigdy się coś takiego nie zdarzyło. Zwracał się do mnie zawsze z szacunkiem, choć będąc dyrektorem, czy tylko nauczycielem, łatwo jest przekroczyć tą cienką granicę.

Bywałem też często u niego w domu, gdy mieszkał w bloku na ul. Szkolnej. Przychodziłem po szkole, gdy jeszcze go nie było. Zazwyczaj otwierało mi jedno z jego małych dzieci, które było wówczas samo. Gdy wracał z pracy, a ja jeszcze walczyłem z problemem na komputerze, nie krepowała go moja osoba, ani jego stanowisko, nie był sztuczny, wskakiwał w dres i proponował herbatę. Nie rozmawiałem z nim wiele, bo chyba trudno byłoby znaleźć wówczas wspólny temat. Wydawało mi się cały czas dziwne to, że jest takim luzakiem i dziwiły mnie specjalne względy, którymi mnie od początku obdarzał.

To dzięki jego pomocy powstała kawiarenka internetowa przy szkole, którą prowadziłem przez trzy lata. I to on znalazł dla mnie kurs pedagogiczny, po ukończeniu którego, zaproponował mi pracę w szkole.

Był humanistą, w szkole uczył historii i WOSu, co zwróciło moją uwagę i co zapamiętam na zawsze, to ogromna liczba książek w jego mieszkaniu. To mi zaimponowało. Gdy przeprowadził się do nowo wybudowanego domu, gdy wszedłem do jego gabinetu, wydało mi się, że jestem w bibliotece. Książki leżały nawet na podłodze, bo miejsca na półkach na ścianach, już nie było.

Jego gabinet w szkole był zawsze zadymiony. Dyrektor odpalał jednego papierosa od drugiego. Nie było to typowe szkolne pomieszczenie. Było nieremontowane dzięki czemu zachowała się w nim atmosfera starej szkoły. Pachniało trochę muzeum. Na ścianach porozwieszane były dyplomy, a na półkach stały puchary. Pokój był duży, na środku stało ogromne biurko, a na nim komputer, który zdarzało mi się naprawiać. Gdy już pracowałem jako nauczyciel czasami przyprowadzałem do tego gabinetu niesfornych uczniów na rozmowę do dyrektora. Robiłem to często, wydawało mi się, zbyt często, co mogło źle świadczyć o moim predyspozycjach nauczycielskich, ale było to bardzo skuteczne rozwiązanie, bo po krótkiej wizycie z dyrektorem, najgorsze łobuzy, pyskujące na lekcji, wracały z opuszczoną głową. Już samo postraszenie wizytą u dyrektora potrafiło zdziałać cuda. Wszystkie łobuzy bały się tego sympatycznego człowieka, który w kilku zdaniach, kulturalnie potrafił udzielić reprymendy.

Widziałem go ostatni raz podczas Referendum w sprawie Traktatu z Lizbony w ubiegłym roku. Był w komisji wyborczej. Podszedłem do stołu, powiedziałem dzień dobry do wszystkich, a on odpowiedział „Cześć Łukasz, co słychać?” Odpowiedziałem krótko, że u mnie w porządku, i już wówczas miałem wyrzuty sumienia i chciałem się wrócić, by porozmawiać z nim, bo czułem, że jestem mu to winien. Chciałem się pochwalić, że pracuję w Warszawie, że udało mi się i mam się dobrze. Chciałem mu podziękować, ale stchórzyłem, a to przecież wszystko jego zasługa.

Przypomniały mi się też rady pedagogiczne, gdy wszyscy nauczyciele w szkole zasiadali w uczniowskich ławach, a on – dyrektor, w nauczycielskiej. Ciężko było zapanować nad gronem pedagogiczny, bo zachowywało się ono jak uczniowie. Rzucano papierkami, przekrzykiwano się, żartowano z kolegów i dyrektora. Ale on dawał sobie radę, cieszył się ogromnym szacunkiem i wiedział jak rozmawiać z ludźmi, dlatego był dobrym dyrektorem. Jeżeli miałbym podsumować swoją dotychczasową karierę zawodową, to na pierwszym miejscu wśród pracodawców umieściłbym bez wahania Dyrektora Dziurdzię.

Dzięki niemu jestem tym kim jestem i jest mnie tyle, a nie mniej. Odszedł ktoś niezastąpiony i jedyny w swoim rodzaju. Nie wiem, co się stanie ze szkołą, ale to już na pewno nie będzie ta sama, „moja” szkoła. Był nieszablonowym, wielkim człowiekiem, otwartym na ludzi. Był marzycielem, próbował dosięgnąć nieba. Zginął, ale zawsze już pozostanie we mnie. Zastanawiałem się nad powrotem do Zelowa, bo wiedziałem, że mam tu swoje miejsce, dziś czuję się tak, jakby opuścił mnie Anioł Stróż.

Informacja o tragedii na WP.pl

Zdjęcia z kilku wypraw na Naszej-Klasy

#501


http://metrocaffe.webpark.pl/

Nie wierzyłem, że ta strona jeszcze istnieje. Nikt jej nie dotykał, a ja ostatnią zmianę wprowadziłem w 2002 roku. To był niezwykły czas. Codzienne od piętnastej do dwudziestej pierwszej, przez trzy lata. Był też dobra muzyka, która do tej pory kojarzy mi się tylko z kawiarenką (Chicane, Delerium, Moloko, Oasis). Poznikało wiele stron z sieci od tamtego czasu, a to miejsce wciąż trwa. Zmienili się także ludzie ze zdjęć. Niektórzy studiują lub kończą studia, wyjechali za granicę, lub po prostu byli, gdy robiłem zdjęcia i tak już zostali, trochę przez przypadek. Strona wyglądać może dziwnie, ale w tamtych czasach był inny Internet, używałem wówczas klasycznego Mac OSa na iBooku Clamshell oraz Internet Explorera 5, który na maku był zupełnie inną, bardzo przyzwoitą przeglądarką, sporo lepszą niż wersja na PC.

#500

No i nie udało mi się przechytrzyć PKP. Do Poznania było znośnie, dwa wagony pierwszej klasy, a w przedziale, licząc ze mną, trzy osoby. Niestety z powrotem już tak miło nie było. Jeden wagon i to jeszcze z zepsutym ogrzewaniem, a na zewnątrz sporo poniżej zera. Temperatura w środku oscylowała w granicach pięciu stopni. Nieźle zmarzłem. Pasażerowie chcieli udusić konduktora, czemu się wcale nie dziwię, bo ten wagon podobno dzień wcześniej, gdy jechał do Poznania, już był zepsuty. Ponadto, po zmianach na kolei od nowego roku w TLK, nie ma miejscówek w drugiej klasie. Myślałem że w pierwszej są, i miałem rację, niestety są nieobowiązkowe, więc do ceny na stronie PKP należy doliczyć 10 zł. Gdybym miał dziś pecha, to jechałbym w pierwszej klasie na korytarzu, w wagonie nieogrzewanym. Do tego wszystkiego, przez to, że nie wykupiłem miejscówki, cały czas stresowałem się tym, że przyjdzie ktoś z miejscówką i mnie wyprosi z przedziału. Przez tą niepewność, nie ma komfortu z pierwszej klasy. To już lepiej kupić drugą, gdzie wiadomo na co się człowiek pisze – tam na pewno będzie się stało.

Idą zmiany na kolei, ale to czego w ten weekend doświadczyłem nie napawa optymizmem. Intercity to firma dziad, zamiast wymienić uszkodzony wagon, to wozi pasażerów w wagonie chłodni i pokazuje tym samym, gdzie ich wszystkich ma. Sprzedaje bilety bez miejscówek, więc podczas wsiadania trzeba uważać by nie oberwać łokciem.

O tym, że pociąg miał opóźnienie w obie strony nie wspomnę, bo to przecież standard ostatnio. I o przepełnionych, odkąd pamiętam, pociągach też nie będę się rozpisywał. Szkoda słów na ten burdel na kołach pod szyldem TLK.