#499

Już po północy, a to oznacza, że za kilkanaście godzin zacznie się weekend. Rano, jak co dzień, pójdę do pracy, a po niej, już trochę inaczej niż zwykle, pobiegnę na pociąg do Poznania. Ostatnio byłem tam ponad dwa miesiące temu i szczerze powiedziawszy zauważyłem, że jesień mu nie służy. Podejrzewam, że zima podobnie, ale obiecałem sobie, że wolny czas spędzę z Natalią aktywnie, więc nie będę miał czasu zastanawiać się, gdzie podziało się miasto, które zapamiętałem.

I znowu trzeba zaplanować podróż, wybrać strategię i kupić bilety. Od nowego roku nie ma już miejscówek w TLK w drugiej klasie, więc w niedzielę, do Warszawy pojadę pierwszą, bo „Zielonogórzanin” zawsze jest pełny. Jutro pierwszy TLK po godzinach mojej pracy odjeżdża o 19, a przed nim tylko drogie Intercity, więc też będzie tłok, dlatego strategia będzie taka jak na niedzielę.

W pracy już trzeba planować urlopy na wakacje, więc zarezerwowałem dla siebie pierwsze trzy tygodnie lipca. Będzie czas na festiwal na Babich Dołach, o ile zdecydujemy się pojechać. Starczy go też na wyjazd w góry. Tylko perspektywa tego jeszcze bardzo odległa, bo za oknem śnieg, a mróz nie chce odpuścić. I tyle.

#498

Na poprawę samopoczucia. Jeden z najlepszych wakacyjnych utworów euro-dance. Takiej muzyki się już nie robi. Słuchanie tego gatunku, to zawsze był trochę obciach. Przyznanie się teraz, że kiedyś byłem od niej uzależniony, to chyba jeszcze większy nietakt, ale że sentymentalny jestem i dobrze wspominam tamten czas, to wklejam, bo skutecznie mnie stawia na nogi i poprawia mi nastrój.

#497

Nie chce mi się wierzyć w to, jak ten czas szybko ucieka. Stanąłem w oknie pokoju, w jednym z warszawskich mieszkań na Ursynowie. Jest poniedziałkowy wieczór, a pamiętam, że chwilę temu był piątek, wróciłem wówczas z pracy i obiecałem sobie, że przez cały weekend nie wyjdę na dwór. Teraz za oknem widzę kołyszące się miasto. W oddali migają pędzące samochody. Wszystko w normie, tylko kilka dni później. Nic się nie zmienia i nie ważne, czy byłbym tu, czy gdziekolwiek indziej. Miałem mnóstwo czasu dla siebie, a jednak mi go brakło. Gdzieś uderza we mnie ambicja i uporczywie daje mi do zrozumienia, że znowu się powtarzam. Kolejny raz roztrwoniłem i zapomniałem przyznany mi czas. Dziwna jest ta pewność trwania i życie bez scenariusza. Wstaję by zasnąć, zasypiam by wstać.

#496

Nie mogę zasnąć, a rano trzeba wstać przed siódmą. Przeziębiony jestem. Zjadłem trzy ząbki czosnku, aby wypędzić chorobę i od wczoraj wypiłem dwa litry soku grejpfrutowego. Mam jeszcze sześć paczek chusteczek, ale jak tak dalej pójdzie, to do rana się skończą. Dawno nie wiedziałem takiej zimy, teraz bez świeżego śniegu, ale za to od dłuższego czasu, ze stała temperaturą poniżej zera. Chyba powinien był zakładać czapkę, mimo, że mam dwie minuty do metra. Lat mi przybyło i zdrowie już nie to. Trzeba zacząć się szanować.

W półmroku siedzę, szukam w sieci i ciekawych rzeczy się dowiaduję. W pracy dużo się dzieje. W mieszkaniu staram się zadomowić, chociaż dziś byłem obejrzeć mieszkanie i jutro też idę. Na szczęście zaczęło mi zależeć na oszczędnościach, więc może i na szczęście, z własnego lokum nic nie będzie. Choć gdyby się trafiło coś wyjątkowego atrakcyjnego, to bym się skusił.

#495

Niewiele dziś zrobiłem, ale za to wszystko, co zaplanowałem. Powoli, ale uparcie. Obejrzałem też film, bo jak jem, to muszę czymś zająć głowę. Włączyłem „Cztery noce z Anną”. Przykuł moją uwagę od początku. Prosty, dobrze skomponowany i cichy, a jednak grający na emocjach. Taki jak lubię. W takie dni jak dziś, dobrze się czymś zaskoczyć. Mało takiego kina widzę, a chciałbym więcej.

Wcześniej posprzątałem w pokoju i poszedłem na zakupy i tak jakoś nieswojo mi się zrobiło, bo nie do tego sklepu co zawsze. Nie sądziłem, że przyzwyczaję się do marketu. Ale widocznie do pierwszego miejsca zamieszkania zawsze ma się sentyment, podobnie było gdy zmieniłem mieszkanie w Poznaniu.

#494

Jestem pełen zapału i optymistycznie patrzę w przyszłość. Melancholia ze mnie zeszła. Trochę pewności siebie dodało mi nowe spojrzenie, naturalne i niekrepujące. Przez te kilka dni, które spędziłem w domu, a które sobie obiecałem, gdy po świętach nie miałem ochoty wstać z łóżka, naładowałem baterie. Mam nadzieję, że starczą na bardzo długo. Być może będą się już same ładowały i nie będę musiał im pomagać.

Nie wiem, co mnie tak wyczerpuje. Być może świadomość, że jestem tak daleko od wszystkiego co kocham i brak własnego konta. Miałem dużo czasu na przemyślenia i muszę przyznać, że trochę żałuję swoich ostatnich decyzji. Choć może źle to określiłem, zacząłem zastanawiać się nad ich słusznością i wydało mi się, że popełniłem błąd w co najmniej dwóch przypadkach. Niepotrzebnie się przeprowadzałem… Choć gdybym tego nie zrobił, byłbym biedniejszy od to doświadczenie, które mam nadzieję zaprocentuje. Zwątpiłem również w słuszność wymiany silnika w Renacie, podobnie jak wątpiłem gdy jeszcze w sierpniu, nie odpalała, a powrotu do starej konfiguracji nie było. Teraz zostałem bez samochodu i jestem uziemiony. Obiecuję, że wezmę pod uwagę potknięcia i więcej głupio robił nie będę.

Nadal szukam mieszkania, ale mam dylemat, bo nie wiem, czy jest sens wynajmować ładne i drogie, skoro nie mam pewności, czy będę chciał zostawać w Warszawie na weekendy. Może lepiej odłożyć na nowy samochód i co tydzień wracać do domu. Czuję, że tam jest moje miejsce, choć rozsądek podpowiada większą samodzielność. Tutaj nie mam podwórka i zieleni. Nie wyjadę rowerem do lasu, nie pojeżdżę motocyklem po okolicy. Nie ma nawet gdzie samochodu zaparkować. Wszędzie jest głośnio i ciasno, można powiedzieć, że duszno jest nawet w nocy. Przy czym należy pamiętać, że tutaj się nic nie dzieje. Owszem w weekedny, zwłaszcza latem, widać ludzi, którzy tutaj nie tylko pracują, ale się także bawią, ale to takie „warszawskie” w najgorszym tego słowa znaczeniu, towarzystwo. To nie te same klimaty, co w Zelowskim Bakarii dziesięć lat z hakiem temu. Tutaj to takie sztuczne, wyrachowane i dobrze opłacone.

Czuję, że tożsamość mam w Zelowie. Lubię przyrodę i lubię gdy słuchać śpiew ptaków latem. Może gdybym wychował się w bloku, byłoby inaczej, łatwiej, ale ja przecież ze wsi chłopak jestem.

#493

Jest noc, już po północy. Siadam w kuchni przy grzejniku, spoglądam za okno na zasypane śniegom podwórko. Szumi gorąca woda z centralnego ogrzewania otulająca dom. To taki dźwięk z innego świata, ze snu. Słyszałem go najgłośniej rano, gdy zaspany wstawałem z obowiązku, a miałem nadal ochotę na drzemkę. W dużym pokoju mruga jeszcze choinka. Myślałem, że jak wyjadę po świętach, to już jej nie zobaczę. Co roku żałuję, że nie potrafię uchwycić jej piękna w obiektywie. Wprowadza nastrój, coś czego jeszcze nie potrafię nazwać ani opisać. Ulotne, spokojne i melancholijne uczucie. Odpręża i uświadamia, że piękne chwile, takie jak ta, niewypełnione i beztroskie, gdy w całości jest się pochłoniętym magią czasu który trwa, przeminą. W końcu będzie trzeba schować choinkę do szafy, na rok, zgaśnie piec i temperatura w domu spadnie. A przez okno zacznie wpadać brudne światło pochmurnego dnia i magia pryśnie.

Spaceruję po domu. Leżę na łóżku i patrze się w sufit. Wyglądam przez okno. Mama i Wiktor już śpią, a ja i pies staramy się zatrzymać czas, choć pies chyba jeszcze o tym nie wie. Bawi się gumową kością, którą chowam mu pod dywan, gdy mi ją przyniesie. Jestem szczęśliwy w tej ciszy wypełnionej ciepłem. Brakuje mi tego na co dzień.

#492

Ależ mi się już nie chce mieszkać w tym pokoju. Dzisiaj, zaraz po przyjeździe zacząłem szukać mieszkania dla siebie. Potrzebuję samotności i ciszy. Lubie się izolować ale potrzebuję też przestrzeni. Nie chcę mieszkać w kamienicy, bo są wysokie i źle bym się tam czuł. Wybór jest ogromny, tylko ceny mało zachęcające, choć przez ostatnie dwa lata chyba nawet trochę spadły. Muszą być co najmniej dwa pokoje, tak na wszelki wypadek. Mieszkanie najlepiej nowe, bo jak mieszkać, to tylko w miejscu, które nie jest jeszcze zużyte. Fajnie byłoby gdyby był jeszcze garaż, abym nie musiał się martwić, że nie będę miał gdzie zostawić samochodu, choć na razie tego problemu nie mam, bo Renata się zepsuła i od trzech tygodni stoi u mechanika. Ale przecież w końcu i tak czymś jeździł będę. Wybór jest spory, ale ograniczyłbym go jeszcze do lewobrzeżnej Warszawy i do miejsc, z którym miałbym bezpośrednie połączenie do pracy. Jutro podzwonię, może coś się trafi.

#491

Próbowałem się zmusić aby dziś nocą wyjść na spacer, ale mi się nie udało. Wczoraj bylem z Wiktorem na sankach. Oczywiście on mnie ciągnął, bo inaczej nie chciał. Było już grubo po północy, padał śnieg i wszystko wyglądało lepiej niż dzień wcześniej. Jutro wracam do mieszkania w Warszawie. W poniedziałek do pracy, załatwić urlop i do domu. A we wtorek do szpitala na zabieg, bo znowu mam smutne oczy.

Nie zrobiłem nic konstruktywnego przez ostatnie dwa dni i trzy noce. Odpoczywałem, bo gdy tu jestem, uspokajam się. Oglądałem filmy, odśnieżałem podwórko, bawiłem się z psem. Jest ciepło, przytulnie i pachnąco.

Dziś obejrzałem „There will be blood”, ciężki i niezrozumiały, ale ładnie zagrany i zrealizowany. Rozrywka, ale niegłupia. Dobre kino, ale „To nie jest kraj do starych ludzi”, oceniam wyżej, a w Newsweeku te dwa tytuły ktoś ocenił wysoko – ex aequo pierwsze miejsce. „33 sceny z życia” – smutny film o kruchości ludzkiego życia i naszych słabościach, ale mimo wszystko dający otuchę. Niestety bez głębszych refleksji, które zostają na później.

Zrobiłem zdjęcie tego, co mam teraz na biurko, ale mój telefon nieładnie rysuje, więc nic nie pokażę. Na środku stoi komputer, z którym się nie rozstaję i który jeździ ze mną w te i nazad. Po lewej stronie od jakiego czasu stoi odtwarzacz CD z lat 80 ubiegłego stulecia, który kupiłem w roku 2005 do Radioodbiornika Radmor 5100, którego sprzedałem rok później, a którego zdjęcie mam na profilu last.mf. Na CD stoi wzmacniacz Unitry, kupiony za 30 zł w Warszawie kilka miesięcy temu. Na nim, kilkanaście płyt z czasów, gdy je jeszcze kupowałem. Po prawej stronie, czarna, okrągła podkładka pod mysz z IKEI, przywieziona pod koniec listopda ze sklepu w Łodzi. Na niej myszka Apple Pro Mouse, z jednym klawiszem – bardzo ortodoksyjna, przywieziona z pracy z komputerem PowerMac, który stoi u Marka w pokoju. Obok podkładki, leży legitymacja ubezpieczeniowa, a w niej potwierdzenie szczepienia na żółtaczkę typu B, oraz skierowanie do szpitala. Na biurku leży też czekolada od babci, kubek z długopisami oraz przykręcona jest lampka kreślarska, która jest w tej chwili jedynym źródłem światła w pokoju.

#490

Wróciłem ze spaceru, na którym przemarzłem do kości. Dawno nie miałem tylko czasu na dokładne obejrzenie miasta. Było puste, bo wyszedłem po północy. Miałem okazję zobaczyć co się zmieniło i muszę przyznać, że najszybciej, co kilka miesięcy, zmieniają się sklepy. Wszędzie leży dużo śniegu, ulice są białe, a wiele chodników jest nieodśnieżonych. Gdzieniegdzie widać nawet metrowe zaspy. Przechodziłem koło Banku Spółdzielczego, gdzie w roku 2005 miałem staż. Dużo wcześniej, do przedszkola chodziłem do budynku naprzeciwko. Po placu zabaw obok nie ma już śladu. Przeszedłem rzez Plac Dąbrowskiego, gdzie nieczęsto spaceruję, z powodu przesiadujących obok podejrzanych typów. Dziś nie było nikogo, miasto spało i wyglądało jak wyludnione. Gdyby nie biel śniegu można by nawet pomyśleć, że brak w nim ulic i chodników.