#464

Gdy wychodziłem z pracy, upał bym niemożliwy. Myślałem tylko o tym, aby jak najszybciej dostać się do domu, by nalać do wanny zimnej wody, by ochłonąć i złapać drugi oddech. Kąpiel pomogła. Po pracy miałem jechać na dworzec kupić bilety, ale było za gorąco aby spacerować. Nie chciało mi się. Wolałem pójść wieczorem, gdy będzie chłodno. Gdy zbierałem się do wyjścia, około godziny 20, zaczęło wiać i kropić, na szczęście nie za bardzo, więc postanowiłem, że nie będę zmieniał planów. Wstąpiłem do sklepu i wówczas się zaczęło, choć jak się miało okazać w centrum było jeszcze gorzej. Po wszystkim udałem się na Dworzec Zachodni. Do kas nie dotarłem, bo przejście pod peronami zostało zalane, a ja nie miałem ochoty spacerować na bosaka. Niemniej i tak miałem pełno wody w butach, bo miałem pękniętą podeszwę.
Chciałem już wracać do mieszkania, ale pomyślałem, że jak już wyszedłem to nie będę rezygnował i udałem się na Dworzec Centralny. Zanim tam dotarłem musiałem odstać swoje w korku. Byłem samochodem. To nic, że było już wpół do dziesiątej. Korek jak w szczycie. Na miejscu oczywiście problem z zaparkowaniem przy dworcu. Musiałem zaparkować gdzieś dalej. Oczywiście, aby nie było za szybko, to musiałem iść do holu głównego, bo tylko tam są karty przyjmujące płatność kartą, gdzie zastałem kolejkę na pół godziny.

Po godzinie od chwili, gdy wyruszyłem spod Dworca Zachodniego na Centralny, wracałem z powrotem z biletami. Aż strach pomyśleć, co by było, gdybym chciał je kupić o wcześniejszej porze.

Nienawidzę Warszawy, jest upierdliwa na każdym kroku. Rzeczy proste komplikuje i utrudnia życie. Nie lubię dużych miast za to że są stresujące i nie słychać w nich jak śpiewają ptaki.

#463

W środę przyjechała Natalia, w czwartek gdy padał deszcz, spacerowaliśmy po BlueCity, dziś odwiozłem ją do Bełchatowa. Tydzień w pracy był bardzo intensywny i minął szybko. Dostrzegłem wyraźniej, że nie potrafię łączyć jej, ze swoim życiem poza nią. Wczoraj po godzinach, gdy byłem ze swoją dziewczyną, byłem dzieckiem, czułem się jakbym dopiero się zakochał, wszystko było lekkie, przyjemne i mało stresujące. Uśmiecham się często i nie martwię się jutrem. Gdy byłem dziś w pracy i wróciłem myślami do tego, co dziś przed nią i wczoraj po niej, wydało mi się, jakby wszystko to wydarzyło się w innym wymiarze. Gdy jestem sam w Warszawie, nawet gdy jestem po pracy i oglądam telewizję, wydaje mi się, że pracuję. Zawsze brakuje mi wówczas czasu. Gdy idę do sklepu, śpieszy mi się. Szybciej bije mi serce, jestem spięty i zdenerwowany, a potrafię to dostrzec tylko gdy Natalia jest przy mnie, bo wówczas wiem, jak być powinno.

Zaskoczyło mnie, że te dwa wymiary dzieli jedynie niezbyt długo droga z mieszkania do pracy. Tylko telefon na służbowy numer.

#462

Na moim profilu na Last.fm najczęściej słuchanym zespołem są The Kooks.

Świetny gitarowy zespół. Gdy się nie przesadza z Placebo na co dzień, to smakuje wybornie po przerwie.

Poniżej HIM, wideo z cyklu – tego słuchałem. Bardzo udane wykonanie.

#461

Nie pisałem, gdyż wyłączyli mi internet w mieszkaniu. Skończyła się umowa. To taka wymówka, bo mam go przecież w pracy, a od środy również za pośrednictwem iPhona, przez komórkę – wyszła wersja oprogramowania 3.0 umożliwiająca używanie telefonu jako modem, czego mi najbardziej brakowało.

Planowałem w tym tygodni przełożenie silnika do Renaty, ale chyba w najbliższym czasie nic z tego. Będę potrzebował samochodu i nie wchodzi w grę zostawienie go w garażu nawet na tydzień, choć znając podobne przypadki, tydzień to bardzo optymistyczny scenariusz. Za to udało mi się rozszyfrować wiązkę elektryczną silnika, więc komplikacji po operacji będzie na pewno mniej.

Dziś piątek, tydzień minął szybko – nie jadę na weekend do domu, zostaję w Warszawie. Nie mam żadnych planów, po prostu dla odmiany. W środę przyjedzie zapewne Natalia i pojedziemy razem. Jutro może wpadnę do Ikei, bo dano mnie tam nie było i wypadałoby coś nowego kupić ;] Poza tym cisza i spokój, jest ciepło, pada deszcz, słucham Placebo.

#460

Wróciłem z rolek. Dziś miałem leniwy dzień, odpoczywałem, spacerowałem po podwórku, jeździłem motocyklem. We wtorek doszedł nowy silnik do Renaty – 2.0 z Renault Laguny. Będzie z niej teraz diablica. W przyszłym tygodniu będzie montowany. Ponadto kupiłem bilety na Open’er Festival i zapewne gdzieś w lipcu wybierzemy się z Natalią w Bieszczady. Tym razem jednak nie będziemy pokonywali ich wzdłuż i wszerz, a jedynie biwakowali nad Solina, lub inna wodą. Do Warszawy wracam w niedzielę, a teraz wracam do oglądania Ostrego dyżuru.

#459

Budzi mnie deszcz uderzający w okno. Leje, jest bardzo głośno. Jest jeszcze noc. Wstaję, zamykam okno i kładę się spać. Budzi mnie budzik ustawiony w telefonie, jest godzina ósma rano. Wstaję, biorę telefon do ręki, wyłączam alarm i przestawiam godzinę na dziewiątą piętnaście – inaczej niż zwykle, później o piętnaście minut. Kładę się do łóżka. Kolejny alarm, zmieniam godzinę na dziewiątą trzydzieści. Znowu budzik. Wstaję. Myślę o tym, w co się ubrać, czy włączać żelazko, czy wszystko mam już naszykowane. Idę do łazienki, biorę prysznic, dziś się nie golę. Wracam do pokoju, patrzę na zegarek. Nie zdążę zrobić śniadania. Siadam przed komputerem, sprawdzam pocztę i newsy. Dzwoni Sebastian – klient nie może się dostać do MediaBanku. Mówię mu by sprawdził, przekierowania na jednym z routerów. Zakładam kurtkę, biorę parasol, zakładam słuchawki i wychodzę z mieszkania. Dzwonię do Sebastiana, przypomniało mi się, że wczoraj zmieniałem tablice routingu na serwerze. Idę na przystanek - od dwóch dni słucham na okrągło Depeche Mode – In your room. Podjeżdża Ikarus linii 517, więc dziś jadę z przesiadką – stoję. Na przystanku Hala Kopińska wysiadam, po chwili przyjeżdża 523, też Ikarus, też stoję. Po kilkunastu minutach jestem już w pracy, jest jedenasta. Wchodzę na Open Space, mówię cześć i idę do swojego działu – witam się z Sebastianem. Pytam, czy dał sobie radę z zmianą na serwerze. Żartuję, loguję się do firmowej poczty, otwieram HelpDesk. Zaczynam pracę. Odbieram telefony, poprawiam, naprawiam, przywracam, tworzę, usuwam, przesuwam. Schodzę do metra do piekarni po ósemkę z budyniem – na śniadanie. Po opanowaniu sytuacji, gdy telefon przestaje dzwonić, a wszystkie pilne zlecenia zostały wykonane, zaczynam szukać silnika 2.0 do Renaty, idę tę sprawę omówić z Piotrkiem. Umawiamy się na po pracy w warsztacie u znajomego w celu dogadania szczegółów przełożenia nowego motoru. Idziemy na lunch, tym razem do TelePizzy. Jeszcze tam nie jadłem. Pizza duża, ale jakby niedopieczona i za kwaśna. Lepsza jest u Bolka na Polu Mokotowskim. Po powrocie testy nowego serwera. Po szesnastej Sebastian idzie do domu i zostaję sam w dziale. Pojawia się problem ze Spieglem – jedną z aplikacji, a dziś wysyłka. Deadtime to półtorej godziny. Chwytam za telefon by poznać szczegóły. Udaję mi się uporać z usterką. Jest godzina dziewiętnasta. Wychodzę z pracy. Pół godziny później jestem w domu. Dzwoni Piotrek, spotkanie w warsztacie przełożone na jutro. Na szczęście mam zapas odcinków Ostrego Dyżury. Idę do kuchni, robię sobie kolację. W lodówce mam trochę konserw i kiełbasę. Chleb dała mi mam w niedziele. Zakupy zrobię jutro, trzeba kupić trochę zdrowego jedzenia. Włączam serial, dwunasty odcinek piątego sezonu a następnie trzy kolejne. Podjadam słodycze, leże na łóżku lub siedzę na fotelu lub dywanie. Rozmawiam z Natalia, sprawdzam coś w sieci. Słucham Dżemu. Dodaję wpis na blogu.

Tak minął mi dziś dzień i wieczór. Mam wyrzuty sumienia, że nie zrobiłem niczego dobrego dla siebie.

#458

Siedzę w fotelu i zapijam się Pepsi. Oglądam Ostry dyżur i opróżniam szufladę ze słodyczy. Weekend minął szybko. W piątek, po przyjeździe do domu, gdy dowiedziałem się, że w Łodzi na juwenaliach o 22:00 grają Strachy na lachy, wsiadłem z Wiktorem w samochód i choć było już w pół do jedenastej, pojechaliśmy. Zdążyliśmy na kilka ostatnich utworów. Po strachach grał T-Love. Udało się nam przecisnąć pod samą scenę, do barierek, ale jak się później okazało, nie był to najlepszy pomysł. Było bardzo ciasto i miałem wrażenie, że tłum chce mnie przecisnąć przez pręty w ogrodzeniu, ale do końca koncertu dotrwałem. Odniosłem również wrażenie, że jestem już za stary na te numery i takie imprezy. Do domu dojechaliśmy przed trzecią w nocy, a przed ósmą rano jechałem ponownie do Łodzi na uczelnię. Resztę dnia spędziłem w domu, nie robiąc nic nadzwyczaj ciekawego. Słuchałem deszczu spadającego na dach i wody płynącej w rynnach, czytałem, oglądałem telewizję, rozmawiałem z braćmi. Pogoda przez cały weekend nie zachęcał do wychodzenia na zewnątrz.

Teraz w słuchawkach leci Dżem, a w głowie mam niepewne plany na ten tydzień. Czuję się wolny, szczęśliwy i staram się nie spoglądać za siebie. Nie czuję niepokoju, wszystko mam uporządkowane i wiem, że nic nie spadnie mi na głowę i nie zrobi kuku. Nie czuję się więźniem codzienności, bo w ramach wolnego czasu mogę zrobić wszystko to, na co przyjdzie mi ochota. Możliwości jest wiele i cieszy mnie fakt, że z każdej gdy tylko zechcę mogę skorzystać. To wystarczy. Jestem spokojny, choć i trochę nudny, bo żyję rytmicznie, jak noc z dniem.