#457

Z rzeczy istotnych. Kupiłem światełko do roweru. Nawet w środku tygodnia centrum miasta po północy nie śpi. Mnóstwo ludzi przemieszcza się z jednego klubu do drugiego, a później do domu. Z rozmów, które da się usłyszeć, można wywnioskować, że 80 procent z nich, to obcokrajowcy, zapewne studencie zagraniczni, lub zesłani służbowo. Niemniej nie widziałem w tym sensu, dlatego nieszczególnie przejmowałem się tym, iż miałem niemodny rower i ubrałem się jakbym jechał na budowę. Na pohybel lanserom ;-)

W weekend byłem w Zelowie. Bujałem się na huśtawce, bawiłem się z psem i kosiłem podwórko. Zrobiłem również przegląd motocykla i objechałem nim całą okolicę. Stał w garażu od wakacji, ale nie zapomniałem jak się jeździ, przypomniałem sobie za to, jakie to przyjemne. Ma 24 lata, jest niebieski, jak Renata. Gdziekolwiek nim pojadę, wzbudza zainteresowanie, choć to tylko MZ ETZ 250. W dzieciństwie chciałem mieć taki. Później pojawiły się motocykle dużo mocniejsze i na jakiś czas mi przeszło. Gdy zrobiłem prawo jazdy, kupiłem to, na co było mnie stać. Nie żałuję. Jak będę chciał coś szybszego, dokupię Ducati.

#456

Odczuwam jakiś dziwny niepokój. Nie umiem za nic się zabrać, nie mam ochoty dokończyć oglądać, to co zacząłem. Ciągnie mnie, aby wyjść na dwór, a nie siedzieć wieczór jak co dzień – w pokoju. Mam otwarte okno, wyglądam przez nie co chwilę i myślę o tym, co mi dolega. Chciałbym iść, nie wiem dokładnie gdzie i po co, ale rozsądek podpowiada mi, że to bez sensu, mogę zająć się przecież czymś pożytecznym w ostateczności mogę dokończyć oglądać film. Ale to do mnie nie przemawia, miotam się bez sensu, w te i z powrotem. Męczy mnie to i nie wiem dlaczego.

Miałem już kilka pomysłów, chciałem wsiąść do autobusu i pojechać do centrum i pojeździć metrem, ale musiałbym później czekać na nocy, więc mi się odechciało. Później zacząłem zastanawiać się nad wyjazdem rowerem na miasto, ale przypomniało mi się, że nie mam tylnego światła – zgubiłem. Był też pomysł z rolkami i w końcu po prostu spacer, ale usiadłem przed komputerem i piszę, więc na razie nigdzie nie idę. Może mi przejdzie. Mam przecież jeszcze książkę, ale w obecnym stanie ducha nie wiem, czy mi się chce ją czytać. Niespokojny jestem, miotam się i denerwuję na siebie.

Joan do Ravica w Łuku triumfalnym powiedziała – wyrwałem z dłuższej wypowiedzi, ale nie zmiana to sensu tego zdania, choć być może bez znajomości kontekstu traci ono na sile – „Ty jesteś moim horyzontem, w tobie kończą się wszystkie moje myśli”.

#455

Nie nic się nie stało, po prostu wpadłem w rutynę. Trochę mnie to męczyło, ale już jest lepiej, wróciłem z Poznania i znowu wszystkiego mi się chce. Trzeba dziś zrobić porządek w pokoju, jakoś zaplanować najbliższe dni, aby nie wypełniło ich coś nieistotnego.

Tym razem przemyślałem sprawę wyjazdu w piątek do Poznania i wybrałem dobry pociąg, Intercity – drugą klasę, ten pociąg nie zatrzymuje się na stacjach pośrednich, dlatego był prawie pusty, a ja dostałem miejscówkę przy stoliku, przy dużym oknie. Wyjeżdżałem z Warszawy o godzinie 16:30 i gdy dojechałem, nadal było widno, było po 19. Pociąg mnie nie zmęczył, miałem dużo miejsca dla siebie, wygodny fotel i dużo miejsca na nogi. Z powrotem, standard TLK, zapchane wagony, duszno i długo. Gdyby nie książka, ta podróż byłaby męczarnią.

Po Poznaniu nie spacerowałem tyle, co dwa tygodnie wcześniej, tylko trochę w sobotę, po muzeach. Zaskakujące było to, w długi weekend miasto było puste, a w ten weekend o godzinie wpół do pierwszej w nocy, wyglądało jakby był środek dnia. Wszędzie mnóstwo ludzi, wypełniających każdą uliczkę i autobusy nocne.

Poza tym. Byłem u fryzjera – z krótkich na krótsze. Czytam, śpię, potykam się w trampkach.

#454

Jeżdżąc na rolkach po Zelowie dziś wieczorem pomyślałem, że powietrze pachnie jakby wszyscy pranie zrobili i je wywiesili do wyschnięcia. Ale to nie to, tak pachniał bez. Ciepło, niemalże jak w domu, cicho i zielono. Usiadłem ponownie przed domem kultury i nie mogłem się ruszyć. Nie było po co, nigdzie nie musiałem jechać. Mogłem cały swój czas poświęcić na bycie w tym miejscu, na podziwianie chwili i zapamiętywanie każdej sekundy. Nikogo znajomego nie spotkałem i nikt nierozpoznany mnie nie pozdrowił. Jestem anonimowy, choć tutaj chciałbym zostać rozpoznany, nie wiem dlaczego. Domyślam się, że to próba określenia swej tożsamości.

Na Naszej Klasie profil mojego taty wciąż jest widoczny. Wciąż jest tam jego zdjęcie. Gdy przeglądałem komentarze pod zdjęciami Natalii, przeczytałem tam pozdrowienia mojego taty z Niemiec. To nie przechodzi, wciąż tak samo boli.

#453

Pada. Wystarczyło kilka ciepłych tygodni, abym nie czuł rozdrażnienia widząc, że za oknem pada deszcz. Nie jest go wiele i zapewne od jutra wszytko będzie po staremu, ale mam nadzieję, że wszystko jeszcze bardziej się rozzieleni.

Czytam Łuk triumfalny, oczywiście E. M. Remarque i mam wyżyty sumienia, że tak niewiele udaje mi się z jego książek zapamiętać. Główni bohaterowie tracą z czasem swe imiona, ich historie zostają wymieszane i pozostaje tylko to, co w wszystkich jego książkach niezmienne, On – zawsze pewny siebie, inteligentny indywidualista, i Ona – piękna i krucha, ale nie bezradna. Są historie, do których wracam, gdy słyszę słowa – Lizbona, Paryż czy Nowy Jork. Jest alkohol, miłość niepewna i koniec.

On nie piszę o śmierci, tylko o życiu i o tym, co w nim piękne. To nie są historie nieszczęśliwej miłości, lecz miłości prawdziwej, choć uświadomionej za późno i odebranej za wcześnie. Nie są smutne, choć łzy często same płyną, ale to z radości, że ktoś napisał to tak prawdziwie. Gdy kończę jedną zawsze chcę więcej. Kilka lat temu przeczytałem „Noc w Lizbonie” i do tamtej pory nie mogę zapomnieć o książkach tego autora i nie potrafię oderwać się od lektury.

Coraz rzadziej szukam w sieci, ale gdy już to robię, widzę że miejsca do których przywykłem, znikają z niej. Nie chce mi się szukać głębiej, bo to mi na rękę, ale pozostają wspomnienia pełne obrazów i pytanie, dlaczego.

#452

Kupiłem dwa bilety – tam i z powrotem. Po odejściu od kasy od razu wiedziałem, że popełniłem błąd. Nie dlatego, że kupiłem, a dlatego, że zrobiłem to bezmyślnie. Tam miałem jechać w Eurocity w drugiej klasie, a z powrotem w Intercity w klasie pierwszej. Niestety nie przestudiowałem dokładnie rozkładu jazdy, bo gdybym to zrobił, to wiedziałbym, że jadące tam Intercity nie zatrzymywało się na stacjach pośrednich, a Eurocity owszem, a że był długi weekend to ludzie rozjeżdżali się po całej Polsce. Dlatego prawdopodobieństwo, że więcej ludzi będzie jechało do stacji pośrednich w tym do Poznania i innych miast było większe niż prawdopodobieństwo, że jadą tylko do Poznania.

Wyszło na to, że tam jechałem w zapchanym Eurocity w wagonie bez przedziałów siedząc tyłem do kierunku jazdy. Czyli gorzej niż półtora roku wcześniej w TLK jadącym do Poznania o 6 rano. Z powrotem jechałem w przedziale 6 osobowym, jak to w pierwszej klasie, ale i tym razem pociąg był zapchany, więc siedziałem z pięcioma innymi osobami w tym z małym dzieckiem, które zrobiło kupę. Intercity jednak się „postarało” i dało soczek i ciastko. Ciastko to najzwyklejsza mała markiza zapakowana i oznaczona logo spółki przewozowej.

Podsumowując, nie warto przepłacać i rzucać się na coś więcej niż TLK, bo bilet kosztuje od prawie dwóch do prawie trzech razy więcej. Jeżeli nie jesteś strategiem, to i tak pojedziesz w przeładowanym pociągu. Takim pociągiem przeważnie jedzie bardziej zajęte towarzystwo, któremu nie w głowie podróżne przygody, więc na pewno nie grozi Ci ciekawa rozmowa. Ponadto prawdopodobieństwo, że trafisz na matkę z dzieckiem jest dużo większe. Jedyny plus takiego pociągu, to więcej miejsca na nogi i bardziej dogodne godziny kursów, tyle.

Zapewne nieco przesadzam, ale wartość dodane do kursu TLK nie jest na tyle oszałamiająca, aby zamiast biletu tam i z powrotem kupić tylko jeden. Ponadto, rzadko można odebrać bardziej pouczającą lekcję niż ta, gdy przysłuchuje się rozumowanie dwóch osób z Warszawy należących do młodego pokolenia, które robi karierę w stolicy, podróżuje po Europie, a do Poznania jedzie w TLK, w wagonie Warsu bez miejsca do siedzenia, bo wszystko jest już zajęte.

I jeszcze zdanie o promocjach PKP na bilety, które oczywiście są, ale aby z nich skorzystać należy kupić bilet w drugi nieparzysty wtorek miesiąca, o północy, gdy kur zapieje i obejmują przejazdy tylko, gdy księżyc jest w pełni. Czyli są raczej nieosiągalne lub bezsensowne. Po dokładnych wyliczeniach wychodzi na to, że taniej wyniesie mnie przejazd tam i z powrotem Renatą niż pociągiem. Tak oto pociąg stał się dobrem luksusowym, a nie powszechnym środkiem lokomocji. Choć zdarzają się wyjątki takie jak pociąg osobowy z Łasku do Poznania, ale niestety i ta opcja ma wadę w postaci oszałamiającej prędkości podróży.

A weekend był wyjątkowy krótki, bo minął niepostrzeżenie. Do takich dni spędzonych wspólnie zawsze tęsknię, ale najbardziej tęsknię do Natalii, która jest teraz za zachodnią granicą – w Niemczech.

I nadal nie pada.