#451

W poniedziałek jeździłem po Warszawie samochodem w godzinach szczytu. To była pomyłka. Wczoraj jeździłem po Polu Mokotowskim na rolkach i głupio się zastanawiałem, dlaczego po tylu latach na nich, wciąż inni jeżdżą lepiej. A dziś kupiłem bilety do Poznania i z powrotem, by jutro po 16 z całą Warszawą znaleźć się na Dworcu Centralny.

Poza tym, cisza i spokój. Słońce praży i sucho jest. Zapewne dlatego, iż pewnego razu, gdy wracałem do Warszawy wkurzony tym, że po raz piąty z rzędu pada gdy jestem w drodze, zapragnąłem aby przestało. No i masz babo placek! Dziękuję, już wystarczy, niech leje – tylko proszę po długim weekendzie.

#450

Zelów. Wstałem o 9. Zrobiłem sobie śniadanie, obejrzałem „Zmienników” w TVP2 i pojechałem do w Łodzi na uczelnię. Wróciłem przed 13. Po powrocie rozmawiałem z bratem o samochodzie, który mógłby kupić, gdyby udało mu się sprzedać niezbyt szczęśliwie wybranego trzy tygodnie temu Mercedesa. Przyjechał wujek Władek zamontować nowy balkon, gdyż stary drewniany nie był zbyt pewny. Pomagaliśmy mu z bratem. Po skończonej pracy bawiłem się z psem i podlewałem trawę, bo nie padało chyba od miesiąca. Grillowanie na kolację i odwiedziny znajomych rodziny. Po 21 wysłałem do Grześka SMS z pytaniem, czy nie ma ochoty przejechać się na zwałowisko. Odpisał, że jest na weselu Mariusza i zachęcał mnie aby wpadł. Nie wiedziałem, że Mariusz się żeni. Fakt był zaskakujący. Wsiadłem w samochód i pojechałem do Korablew, wsi za Szczercowem. Pomyślałem, że głupio tak bez prezentu i kupiłem trzy batoniki na stacji benzynowej po drodze – 3bit, Marsa i Milky Way. Grzesiek wyprowadził Mariusza z Panna młodą, a ja złożyłem im życzenia pokazując 3bita powiedziałem – potrójnej przyjemności, pokazując Marsa – w kosmicznej przygodzie, pokazując Milky Way – na mlecznej drodze. Zapraszali mnie do środka, ale nie chcąc ich kłopotać odmówiłem, poza tym nie byłem ubrany galowo. Pogadałem jeszcze tylko chwilę z Grześkiem i wróciłem do domu. Było przed północą. Założyłem rolki i pojechałem swą cotygodniową trasą. Usiadłem przed Domem Kultury i wróciło mnóstwo wspomnień z chwil, gdy często w nim bywałem. Zadzwoniłem do Natalii będąc na mieście, kręciłem kółka i rozmawiałem o tym, jak to będzie gdy w czwartek przyjadę. Wróciłem do domu, wykąpałem się i jestem.

Jest 1:50, notkę dodam jutro, bo internet albo poszedł spać, albo go wyłączyli.

#449

Zawsze czekam na jakieś wydarzenie. Czkam na weekend, na święta, na wyjazd do Poznania. Nie jest to chyba najzdrowsze podejście, bo czas mi się wówczas dłuży. Nie wiem co mam wówczas z nim robić i szastam nim nierozsądnie. A gdy nadejdzie chwila, na którą czekałem, zaczynam już czekać na kolejną. I w ten sposób życie wypełniam czekaniem. Dostrzegam to każdego dnia, co ranek, gdy wstaję, gdy wydaje mi się, że robię to za późno. I co wieczór, gdy kładę się spać i wydaje mi się, że robię to za wcześnie, bo tak niewiele rzeczy udało mi się tego dnia osiągnąć. Są też dni, niestety nieczęsto, gdy wiem, że dobrze użyłem czasu. Zasypiam wówczas jak dziecko, bez wyrzutów sumienia.

Marudzę i gorycz przeze mnie przemawia. Wkurzam się na własną bezczynność. Codziennie się zmieniam, ale chyba zbyt wolno i zbyt często powtarzam te same błędy.

Aby przerwać monotonię, planowałem się wybrać dziś do kina, ale jest tylko jeden film, który chciałbym obejrzeć i dlatego nie pójdę. Poczekam 9 dni i obejrzę go z Natalią, bo warto zaczekać, by mieć z kim podyskutować, do kogą się uśmiechnąć, z kim pospacerować za rękę i przed kim uciekać, gdy tylko zechcę bawić się w berka.

A w pracy spokój, tylko nerwy mnie biorą jak widzę to słońce za oknem.

#448

Kolejny piękny dzień, słońce i zieleń. Niestety większość dnia spędzę w pracy, a jeszcze nie nacieszyłem się wiosną. Co tydzień jestem w Zelowie, przyzwyczaiłem się do takiego układu. Nie czuję już tego dystansu, który mnie dzieli od domu. Nie tęsknię, bo nie mam kiedy. Dobrze tak. Samochód to fantastyczny wynalazek, który zbliża ludzi do siebie.

Renatę mam od 11 miesięcy i przejechałem nią ponad już ponad 20 000 km. W ubiegłym tygodniu przeszła mały remont i można nią bez obawy o wylecenie z trasy mknąć z prędkością 150 km/h. Nierozsądnie, ale za to szybciej mija czas.

Mam ochotę się ruszyć, zobaczyć co się dzieję w okół, mam ochotę opuścić swój pokój i poszukać ciekawych miejsc. Te ciekawe miejsca, to coś, czego miasto samo w sobie nie może zaoferować, ale co czasami może tu dostrzec – historię. Lubię wędrować jej śladami, ale nie z przewodnikiem, tylko własną ścieżką, nieśpiesznie. W ten sposób, śladami Twierdzy Warszawskiej trafiłem na informacje o Twierdzy Poznań, i przy najbliższej okazji, gdy będę u Natalii dokładnie przyjrzę się największemu fortowi w tym mieście – Winiary, obecnie znanemu jako Cytadela. Od chwili gdy po raz pierwszy postanowiłem tam nogę, czułem, że to niezwykłe miejsce.

Nic mnie nie boli, niczego nie muszę. Wiem, że wszystko zależy ode mnie.

Usunąłem statystykę z bloga, bo lepiej nie wiedzieć, kto, kiedy i skąd wchodzi i podgląda.

#447

Dostrzegam dziką zieleń i czuję, że pachnie już bez. To motywuje do wyjścia z mieszkania i rozejrzenia się w okół. Choć jestem tu już 21 miesięcy nie znam dobrze najbliższej okolicy. Tylko dwa razy widziałem miejsce, w którym mieszkam z innej perspektywy. Dziś widziałem je po raz trzeci. Nie często mam okazję iść na spacer, bo przeważnie brak w tym sensu, bo jest mnóstwo samochodów, zapchane ulice i mało ciekawa okolica. Dziś jednak w sprzyjających okolicznościach przyrody, postanowiłem odszukać Fort Włochy, który znajduje się niedaleko i który uznałem, za wart zobaczenia. Fort otoczony jest suchą podwójną fosą, nie wiem jak wyglądał ten teren wcześniej, ale nawet dziś sforsowanie tej fosy w niektórych miejscach nie jest łatwe. Na miejscu pierwsze co rzuca się w oczy, to śmieci, które są wszędzie. Drugą rzeczą, która mnie zaskoczyła to brak ścieżek spacerowych i ludzi, choć jest to teren zielony w centrum miasta. Widoczne są jedynie ścieżki wyjeżdżone przez motocykle krosowe, które od czasu do czasu było widać, gdy przeskakiwały to jedną, a to drugą fosę. Sam budynek fortu jest ogrodzony i niedostępny, więc musiałem zadowolić się tym co zobaczyłem przez płot. Spodobało mi się to miejsce – za tę dzikość, za ten nieucywilizowany charakter oraz za zieleń.

Widzę jak na Włochach mieszkają ludzie, w jakich domach, i widzę, że tylko te stare, mają w sobie coś intrygującego, coś co sprawia, że chciałbym w jednym z tych starych zaniedbanych domów zamieszkać. Niestety jest ich już coraz mniej. Na ich miejscu powstają budynku, ja je nazywam mrówkowcami, tzw. przez developerów apartamentowce. Ogrodzone, z bramą na pilota, z balkonami i bez ogródka, lub z tylko paskiem zieleni, gdzie można wyprowadzić psa – oczywiście rasowego. Jeden budynek obok drugiego, z wybetonowanym podjazdem i garażem podziemnym i z tabliczką na płocie – ten obiekt jest chroniony. Uliczki osiedlowe wąskie, świeżo wyasfaltowane, chodnik wyłożony kostką. Bez drzew, za to ruch jak w prawdziwym mrowisku. Jeden samochód sunie za drugim. Wszystkie nowe, warte co najmniej kilkadziesiąt tysięcy. W środku przeważnie mężczyzna w koszuli pod krawatem, lub kobiety w okularach przeciwsłonecznych. Wracają z pracy zmęczeni staniem w korkach.

Dobrzy mi było tak spacerować i gapić się na tym idiotów, którzy tu mieszkają. Cieszę się, że mogę stąd w każdej chwili wyjechać, że mam gdzie. Wkurza mnie to miasto i ten pęd ludzi do życia jak w więzieniu – jeden nad drugim. Ludzi tu pełno, nie ma gdzie nogi wstawić, by ktoś Ci na nią nie nadepnął. Wyjdziesz do lasu, to zrobisz jak kilka tysięcy innych ludzi, którym zamarzły się spacer.

Nie lubię dużych miast, są niezdrowe, brzydkie, a ludzie zachowują się w nich jak zwierzęta. Co z tego, ze tyle się dzieje, że jest kino, teatr, koncerty, basen, jak mieszkając tutaj odechciewa się życia i widzi się jego kres. Może po prostu nie lubię ludzi, a przebywanie w tym mieście tylko wzmaga moją do nich niechęć. Gdybym miał tutaj mieszkać, to tylko w starym domu, wybudowanym byle jak, bo wszystko, co się teraz buduje jest tak ładne, że rzygać się chce.

Warszawa jest bez sensu, nie ma tutaj ścieżek rowerowych, bo to co nimi nazywają, to jakaś fuszerka z kostki brukowej. Na mieście wszędzie wysokie krawężniki i zakazy jazdy rowerem. Czasami bardzo mam dość tego miasta.

Ponarzekałem trochę, ale tak to widzę. Chyba marzy mi się dom na wsi, w lesie.

#446

Pracuję, ale szukam wymówi, aby nie zrobić tego, co i tak mnie nie ominie. Słuchawki na uszach i muzyka. Dobrze się tak pracuje. Do tego słońce za oknem. Przyjemnie. A wieczorem przyjeżdża Natalia. To wszystko bardzo miłe. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że i to w końcu się zmieni i minie, jak minął poniedziałek wieczór, w który dopadł mnie smutek. Trzeba zgromadzić te dobre emocje i zachować na później.

Warszawa nie jest przyjemnym miastem na zimę, dlatego cieszy mnie wiosna, która przyszła. W końcu można spacerować, zamiast stać w korku, lub marznąć. W końcu można zatrzymać się na chwilę, by oddać się refleksji lub po prostu odetchnąć. Dużo tutaj ludzi, jest na kogo patrzeć i jest się nad czym zastanawiać.

Od dawna twierdziłem, że lubię jesień i zimę, jednak w tym roku, straciłem złudzenia, to wiosna jest moim żywiołem.

#445

Przyszła wiosna. Czas na zmiany. Odwiesiłem zimową kurtkę do szafy, a w sobotę w Zelowie prawie cały dzień chodziłem w podkoszulku. No ciepło jest.

Jak widać ograniczam się, choć czasami chciałbym, ale wolę nie, bo jeszcze za bardzo bym się wciągnął.