#442

W sobotę skończył mi się bilet miesięczny. Wczoraj z dworca wracałam do mieszkania na jednorazowym. Miałem dwa takie bilety. Dziś wsiadam do autobusu, wkładam do kasownika ten drugi bilet, a ten mi go wypluwa i twierdzi, że już był użyty. No w mordę, pomyślałem, głupi chyba. Podszedłem do innego, a ten to samo. Przyglądam się dokładnie i rzeczywiście – skasowany. Nie miałem wyjścia i jechałem na gapę. I nawet nie byłoby mi głupi jakby mnie kontroler skontrolował, tylko od razu podałbym mu dowód. Siedziałem, wcale się nie stresując, bo Shit happens i już.

Poza tym, czymś niejasnym się stresowałem po wyjściu z pracy. Dlatego powtarzałem sobie, że niczego nie muszę, co mnie uspokajało i do tej pory uspokaja skutecznie.

Choć to na pewno jakiś dziwny dzień, bo do supermarketu pojechałem ze śmieciami, które miałem po drodze wyrzucić. Nie zamknąłem samochodu i stał otwarty przed sklepem. Kupiłem Zieloną Milę, ale dopiero jak zrobiłem jej zdjęcie, to zobaczyłem, że to jakieś dziadowskie VCD jest a nie DVD. Jak nic, dupa blada.

Teraz czas na kolację, ale wcale nie chce mi się jej robić. Paskudny dzień.

#441

Wróciłem z Poznania, gdzie czuć już w powietrzu wiosnę, gdzie nie widać ani grama śniegu. W Warszawie jeszcze teraz gdzieniegdzie go widać, ale mam nadzieję, że to już końcówka. Co wydaje mi się dziwne, to fakt, że jeszcze tydzień temu, gdy wracałem z Zelowa to przez całą drogę sypało, aż strach było jechać szybko.

Pociąg jak zwykle zapchany. Szczególnie ten, który jechał z Poznania. Oczywiście nie obyło się bez przygód. Bilety jak zwykle kupiłem kilka dni wcześniej, ale co niezwykłe, to okienko, w którym zawsze je kupowałem było zamknięte. Niewzruszony tym stanąłem przy innym i zastanawiałem się, czy ten drobny szczegół będzie miał jakiekolwiek znaczenie później. Nie wiem, czy ze swojej winy – podświadomie, czy z winy kasjerki, kupiłem bilet na czwartek, o czym dowiedziałem się, gdy w piątek próbowałem odnaleźć swój wagon w składzie, i mi się to nie udało. Musiałem kupić kolejny bilet u konduktora. Teraz już będę pamiętał, aby sprawdzić bilet przed odejście od okienka.

Kupując bilet u konduktora nie dostałem oczywiście miejscówki. Wiec dosiadłem się do jakiegoś przedziału na dziko. Posiedziałem trochę, poczytałem książkę, posłuchałem muzyki i pchany ciekawością, podążyłem do Warsa, aby sprawdzić jak tam jest. Na szczęście miejsce się znalazło, zjadłem żurek i wypiłem herbatę po czym wróciłem do przedziału. Niestety już miejsca dla mnie tam nie było, więc resztę drogi przesiedziałem w Warsie i muszę powiedzieć, że bardzo mi się ten wagon spodobał. Bo nic tak nie umila podróży jak ciepłe jedzenie i widok zmieniającego się krajobrazu za oknem. Z tego wagonu perspektywa drogi, wydaje się bardziej atrakcyjna.

Powrót był niestety mniej udany. Choć miałem miejsce w przedziale, to był on pełny i nawet nóg nie można było wyciągnąć. Czyli standard TLK. Wydawało mi się, że gorzej być już nie może i udało się do Warsa, coś przekąsić i może przesiedzieć w nim resztę drogi, ale to co zobaczyłem na korytarzach, to był dramat. Wszędzie ludzi, ledwie można było się przecisnąć. We wagonie restauracyjnym równie źle. Pasażerowie porozsiadali się przy stolikach, pod nimi i na podłodze razem z bagażami. To miejsce przypomniało mi o pubie Bakari w Zelowie, gdzie najczęściej w piątek i sobotę wieczorem z powodu braku w stolikach, również siadało się na ziemi. Mimo niesprzyjających warunków udało mi się zamówić żurek i go zjeść, po czy z ulgą udałem się do swojego ciasnego przedziału, gdzie przynajmniej miałem swojej miejsce. Przedział wyglądał następująco. Osiem osób. Pięć z komputerem na kolanach. Jedna słuchająca muzyki i gapiąca się przez okno i dwie czytające książki. W której grupie byłem ja? Tak, w tej ostatniej.

Następnym razem jadę pierwszą klasą TLK, choć Wars pewnie będzie tak samo zawalony, a od piątku, to moje ulubione miejsce w pociągu. Wiec zapewne wybiorę Intercity, lub Eurocity. Sprawdzę czy ten standard wart jest swojej ceny. Ponad 100 zł za bilet w drugiej klasie. To więcej niż trzeba wydać na paliwo dla wcale nieoszczędnego samochodu, pokonującego ten sam dystans. A podobno to pociągi są takie ekonomiczne.