#422

Z Michałem nie widziałem się od września, grałem z nim wówczas w Quake u mnie w domu. Wcześniej byliśmy razem na Testosteronie w teatrze, to było pod koniec marca. A jeszcze wcześniej spotkaliśmy się rok temu, w listopadzie. Odwiedziłem go wówczas w jego mieszkaniu, na Warszawskiej Starówce. Kilka dni temu chciałem się odezwać do niego, ale zrezygnowałem, bo przypomniałem sobie o sporej ilości zajęć, które ma na uczelni. Nawet jeżeli miałby chwile, to zapewne już zaplanował jakiś dziwny wyjazd, bądź coś równie szalonego. Zawsze podziwiałem jego życiowy entuzjazm, jego umiejętności w każdej dziedzinie (informatyczne, teatralne, językowe) i jego szerokie spojrzenie oraz czystość myśli – nieskażonych żadną ideologią. Pewnie dlatego tak lubię się z nim spotykać. Działa na mnie jak dopalacz, zmusza do myślenia, nie daje prostych odpowiedzi, nie zgadza się z grzeczności. Postępuje w sposób który mnie zadziwia – bez lęku i niespodziewanie. Jakiś czas temu wszystko to budziło mój niepokój, bałem się, że to nie jest naturalne, lecz że może być to reakcja chemiczna. Jedak po kolejnych z nim spotkaniach musiałem uznać jego rację i przyznać przed sobą, że ze strachu przed tym jak słaby jestem tak sądziłem.

Po prostu chyba lubię obcować z osobami inteligentniejszymi od siebie, z ludzi, od których mogę się czegoś nauczyć. Niestety Oni również lubią podobnie. Może stąd ta samotność.

W piątek po pracy pojechałem do Marka i jego dziewczyny, obejrzeliśmy film – Między słowami. Wracałem późnym wieczorem Renatą przez Warszawę i padał śnieg. I przyszła zima. W sobotę byliśmy w Ikei, gdzie kupiłem zapas świeczek i tylko tyle. Byliśmy na Sushi, bo brat nie wiedział jak smakuje. W niedzielę nigdzie nie wychodziłem, patrzyłem tylko jak śnieg zasypuje mi okno w dachu. Tęskniłem.

#421

Ciężko uwierzyć w to, że to już ponad pół roku temu byłem w Norwegii. Szybko czas ucieka. Nie żeby bardzo tęsknił, ale zaskoczyło mnie to, gdy przypomniałem sobie, o tym jaki był maj.

Nie napisałem tutaj zbyt wiele, ale to jest ostatnia rzecz, o które myślę, zanim położę się spać, dlatego często przegrywa ze zmęczeniem. Dziś było jak co dzień po pracy, dopiero przed chwilą przyszedł smutek i chyba czas na refleksję. Dlatego czym prędzej położę się, bo gdy zacznę oglądać się za siebie, to emocje nie pozwolą mi szybko zasnąć.

Przyjechałem Renatą do Warszawy we wtorek, prawie bez problemów, ale do nich już przywykłem. Zawsze gdy coś w niej nie gra, mówię sobie, że te nerwy nie warte były ceny, ale później mi przechodzi i tylko mówię do niej mile, bo to naprawdę dobry samochód jest. Na weekend zostaję w mieście, pierwszy raz od dawna. Marek ma delegację tutaj, przyjedzie jego dziewczyna – Agnieszka, zapewne się spotkamy i gdzieś wyjdziemy. Choć, wstyd się przyznać, nie znam tego miasta.

I dawno metrem nie jeździłem, jakoś nie po drodze mi było…

#420

Wszystko co dobre, szybko się kończy. Tak jak moja podróż do Poznania. Jutro zaczynam nowy tydzień. Jutro idę do pracy i jutro jadę do domu. Wrócę tu we wtorek być może już Renatą. Dalej nic nie planowałem.

#419

Renata zepsuła się w wtorek, jeszcze przed wyjazdem do Warszawy. Została odholowana do naprawy. Do wymiany jest uszczelka pod głowicą. Do Łodzi na pociąg odwiózł mnie Marek. Trzy dni w pracy minęły szybko. O 19 mam pociąg od Poznania. Teraz pozostało się tylko spakować i zaraz lecę na dworzec.

#418

Jakoś tak dziwnie wiatr wieje. Przypomina o przemijaniu i sprawia że marzną kości. Przeraziłem się nim, bo przecież z wiatrem zawsze mi było po drodze, a przed tym chciałem jak najszybciej skryć się w domu, by poczuć ciepło…

W piątek firmową impreza, ale nie pójdę, jak nie będę musiał. Byłem już na dwóch, ta zapewne będzie podobna. Nie piję, nie bawi mnie to. Nie umiem rozmawiać o niczym, zwłaszcza, gdy wiem, że będę musiał. Jak się uda, to pojadę do Poznania.

Ten długi weekend spędziłem w domu i z Natalią. Czasu mi brakło, jak zwykle i trochę żal, że już dziś trzeba będzie wyjechać. A było tak. W sobotę wstałem późno, poodkurzałem dom, pojechałem na miasto. Umyłem samochód i wymieniłem w nim świece. Pojechałem do Natalii.
W niedzielę przyjechała rodzina mamy z Suchedniowa, zjedliśmy razem obiad i pojechali. Po południu przyjechała Natalia w kozakach i żółtej sukience. Odwiozłem ją wieczorem. Przywitałem się z jej bratem i bratową, którzy odwiedzili rodziców.
Wczoraj rano obudziła mnie mama i pojechaliśmy na rynek do Bełchatowa. Kupiliśmy niewiele, ale zeszło nam sporo czasu. Popołudnie spędziłem u dziewczyny, takiej jednej, Natalii. Pomarudziliśmy sobie, zjedliśmy pizze ulubioną w miejscu, w którym jemy ją od zawsze. Później uśmiechaliśmy się do siebie, bo tak dobrze. Nocą byłem w domu, skąd wyjechałem na rolki, by wrócić wkrótce i usiąść przed komputerem by tutaj napisać cokolwiek.

#417

Wyszedłem z pracy dziesięć minut wcześniej, aby móc spędzić więcej czasu z Natalią w Bełchatowie. Oczywiście Warszawa była zakorkowana. Jak widać na dzień zmarłych Warszawiakom nie było tak spieszno, jak na długi weekend. Do pokoju mieszkania dojechałem z nieplanowanym opóźnieniem, tutaj planowałem przesiadkę do samochodu po uprzednim spakowaniu niezbędnych rzeczy. Zastanawiałem się, czy rano tego nie zrobić, ale nie zdążyłem. Wybiegłem do samochodu, zrobiłem krótki przegląd i ruszyłem w korek. Ale tuż za bramą nastąpiła pierwsza nieplanowana przerwa. Nie miałem jednego ze świateł. Szybki rzut okiem pod maskę i już jechałem dalej. Następnie szybko na stację benzynową nieopodal, ale oczywiście zapchaną, więc podjechałem nie od tej strony, gdzie mam kurek wlewu paliwa z nadzieję, że węża starczy. Starczyło, ale paliwo się nie lało. Zrezygnowałem. Wsiadłem do samochodu i postanowiłem zatankować po drodze. Pomyślałem, że teraz mogę już się wygodnie rozsiąść, włączyć radio i ruszyć do Bełchatowa. Ale gdzie radio? Oczywiście zapomniałem zabrać z mieszkania. Bez niego umarłbym z nudów w samochodzie. Na szczęście miałem po nie niedaleko. Wróciłem i w końcu stanąłem w kolejce wyjazdowej.

Toczyłem się w żółwim tempie przez czterdzieści minut, by w końcu ruszyć z kopyta za Jankami. Natalia jednak postanowiła położyć się spać wcześniej, więc po prawie trzech godzinach w drodze, ucałowałem ją na dobranoc i pojechałem do Zelowa. Na podwórku spotkałem kota robiącego obchód. Gdy wszedłem do domu, podbiegł pies machający z radości ogonem. Poszedłem na górę, przywitałem się z Mamą i bratem, i po krótkiej rozmowie, po północy wyjechałem na rolki, bo zawsze tak robię. Wróciłem.

#416

Wróciłem, pracuję, czekam na piątek. W weekend jeździłem na rolkach, spotkałem się z Grześkiem, dyskutowałem z braćmi. Tyle.

Czuję jakby mi ktoś po piętach deptał, być może dlatego trudno więcej napisać. To nie boli, lecz zaskakuje fakt, że trwa i trwa. Nie uciekam, a jeżeli już to tylko na chwilę, bo i tak mnie zewsząd dogania skrycie.