Tam i z powrotem

Nie mogę zasnąć, nie jestem zmęczony. Wszystko przez popołudniową drzemkę spowodowaną nieznośnym atakiem bólu, po cięciach na kolejnym oku. Zastanawiam się, jak ja będę wyglądał za kilka lat, jeżeli co roku będę miał powtarzany ten sam zabieg. Cieszę się jednak na myśl o tym, że może teraz moje oczy nie będą wydawały się tak zmęczone, przynajmniej przez jakiś czas…

Ponownie jestem w Zelowie i wracam do wspomnień. Myślę o roku ubiegłym i o tym, co się wówczas zdarzyło. Dostrzegam, że wszystko przemija, i chyba potrzebuję się czegoś złapać, by poczuć, że coś jest niezmienne. Pomyślałem o kanapie w salonie, która stoi w nim od tak dawno, że daty nie potrafię sobie przypomnieć. Ale przecież jest ona częścią mojego domu, który mimo, że już w nim nie mieszkam, zawsze tu będzie. Będzie w nim mama i chyba tego się chwycę. Gdy myślę o tym co było, tracę grunt pod nogami i nie wiem gdzie jestem. Zapominam, co jest ważne, a co tylko stanowi tło i przeminie. Gubię się i odnoszę wrażenie, że wszystko już się zdarzyło i nic mnie więcej nie czeka. Nie potrafię przestać oglądać się za siebie, choć wiem, jak to jest szkodliwe. Za wiele we mnie wspomnień, a wszystko przez to, że niezapomniane wrażenie potrafi zrobić na mnie zapach jesiennego dymu. I wrzucam go do swej skrzyni wraz z ludzi i całym pejzażem, i notuję dokładną datę.

Weekend spędziłem w Warszawie, minął szybko, ale nie miałem poczucia, że go zmarnowałem. Spałem długo, i mimo iż na co dzień nie wstaję wcześnie, to zawsze budzi mnie budzik, a tego dnia chciałem by było inaczej. Niewiele zrobiłem, ale coś skutecznie wypełniało mi czas. Zbadałem Renatę, bo jęczy i popiskuje. Będą potrzebne nowe części i czas, z którym może być problem. Potrzebuję go, by tu przyjechać, bo tu mam gdzie się nią zająć, w Warszawie miejsca mi brakuje.

#401

Metro – to był mój czterysetny wpis. Niewiele jak na 2336 dni istnienia tego bloga. Wychodzi na to, że warto mnie odwiedzić, po 5 dniach, 20 godzinach i 16 minutach, bo statystycznie, co tyle czasu umieszczam tu coś nowego. I proszę nie wchodzić codziennie, bo to mija się z celem, a mnie tylko niepotrzebnie mobilizuje do pisania, czego pieczołowicie starałem się unikać.

Metro

Lubię zapach metra w Warszawie. Dziś po pracy wybrałem się na przejażdżkę tym środkiem lokomocji. Dojechałem do swojej ulubionej stacji – Ratusz Arsenał i siedziałem tam na ławce kilkanaście minut, przyglądając się ludziom. Zimą częściej tak robiłem, przeważnie w piątki, ale ostatnio jakoś nie było czasu aby powtórzyć ten rytuał. Za dwa dni znów to zrobię. Zostawiam ślady, niewidoczne w powietrzu, ani na posadzce. Nikt nie pozna, gdzie siedziałem, ale ślad zostanie tutaj.

Ciężko zaznaczyć tutaj swoje istnienie. W tym tłumie, czuję się jak na pustych ulicach w Zelowie – anonimowy. Jednak coś nie daje mi spokoju, i podobnie jak w moim mieście, wciąż piszę o tym, że byłem. Czuję, że gdybym tego nie zrobił, to nikt by o tym nie wiedział.

Lokomotywa

Jak dwa tygodnie temu i jak dwa tygodnie wcześniej, jeździłem po Zelowie na rolkach. Już jutro o tej porze mnie tu nie będzie. Zawsze mi żal tego ostatniego dnia. Czas tak szybko ucieka. Byłem tu wczoraj, przedwczoraj i w czwartek. Czuję się obcy w tym mieście. Wieczorem nie poznaję nikogo, na ulicach widzę tylko cienie – sylwetki nieznanych mi osób. A kiedyś było inaczej, miałem wielu znajomych z którymi spacerowałem od domu do domu. Do których można było zawsze wpaść i pogadać. Dziś nie ma tu nikogo, tak ja mnie tutaj nie ma, choć czasami, jak dziś, jestem. Dziś już nikt nie dzwonie do drzwi i mnie nie szuka. Czuję tak beznadziejną pustkę, po tym co było i co minęło. Na różnych etapach mojego życia, spotykałem tutaj osoby, które z czasem z mojego życia znikały. Zawsze jednak ktoś się pojawiał w ich miejsce. Teraz wszyscy poznikali i stali się tylko bladym wspomnieniem tych intensywnych chwil, które przeżywaliśmy razem.

To małe miasto. Nigdy nie znałem tu wszystkich ludzi. Przypomniało mi się, jak cieszył mnie fakt poznania nowej osoby, pamiętam jak cieszyłem się gdy odkryłem w tym małym mieście, kolejną nieznaną ulicę. Wszystko przepadło w otchłani czasu – każda łopatka zakopana w piaskownicy.

Brak mi też możliwości, z których mógłbym skorzystać. Kiedyś było ich wiele. Mogłem iść do Bakari, tego za szkołą w Zelowie, miejsca, gdzie spotykała się młodzież, 9 i 8 lat temu. Bylem wówczas taki malutki, wszystko było dla mnie nowe. Pamiętam spacery wieczorem środkiem ulicy, nadzieję, światło ulicznych latarni, powroty do domu. Mogłem odwiedzić Grześka, zawsze. Mogłem iść do Sebastiana. Do szkoły, kawiarenki, rozgłośni, gdziekolwiek.

Popadam w melancholię, gdy stąd wyjeżdżam. Tutaj został mój świat. Świat, który o mnie zapomniał. Nie byłem nigdy humanistą, nie szukałem kontaktu z ludźmi, jednak do tych, którzy byli w moim życiu bardzo się przywiązałem.

Dlaczego my dzieci, tak szybko dorastamy? Pęka mi serce, gdy oglądam się za siebie.

Jutro wieczorem

To trzeci dzień z tych, co przechodzą po sobie. Trzeci i ostatni jaki spędzę tutaj. Jutro tylko praca i wyjazd do domu. Cieszy mnie perspektywa drogi.

Trochę się obijałem przez te trzy dni. Czekałem na czwartek, bo to będzie jakaś zmiana. Nie czekałem niecierpliwie, nie zdążyłem się stęsknić za domem. Tak mi się wydaje, ale fajnie będzie porozmawiać z mamą i bratem, pobawić się z psem i pogłaskać kota, posiedzieć przed domem na ławce i pooddychać spokojem.

O dziewczynie

Ma na imię Renata, ma 19 lat, była tania i jest szybka. Ma ponętny tyłek, który bardzo mi się podoba. Gdy patrzę jej w oczy, cieszę się że jest już u mnie. Nie wiele mogę jej zaoferować, nic ponad to, że będę o nią dbał i dopieszczał ją czułymi słowami. Żałuję, że nie mogę poświęcić jej więcej czasu, że nie znalazłem dla niej lepszego miejsca, takiego gdzie mógłbym zostać z nią sam na sam, by dokładnie się jej przyjrzeć. Pochodzi ze Szwajcarii, w Polsce jest od czterech lat. Nie znam dobrze jej przeszłości. Gdy ją odbierałem, wiedziałem, że nie będzie łatwo, ale miło mnie rozczarowała. Jest pewna i gdy jadę, wiem, że mnie nie zawiedzie, mimo swych 19 lat. Poza tym, można z nią poszaleć, ma ku temu predyspozycje, a przy tym nie jest zbyt droga w utrzymaniu. Kosztowała tyle, co rower.

Wiele przeszła, to widać, ale nadal jest dobrym samochodem.

Uwielbiam ją prowadzić, bo wiem jak się zachowa, bo jest niepozorna, a potrafi wyjechać przed inne. W tym mieście, gdzie pełno nowych samochodów, wydać się może gratem, ale nim nie jest. Żal mi tych ludzi, którzy z za szyb swych luksusowych samochodów uśmiechają się z politowaniem na widok Renaty.

Obym zawsze potrafił docenić rzeczy wartościowe i nie przeliczał wszystkiego na pieniądze.

3 dni i 3 noce

To wcale nie jest tak, jak piszę. Po prostu pocą mi się ręce. Poza tym jestem szczęśliwy, tylko nie potrafię tego docenić, czasami nawet tego nie dostrzegam.

Natalia była u mnie, a ja szybko się do niej przyzwyczajam. Teraz jakoś tu pusto i mam tylko nadzieję, że w czwartek będę już jechał do domu. Nie jestem smutny, nie jestem zły, po prostu brak mi energii, którą daje mi ona.

Dni mijają szybko, zmienia się niewiele. Od roku zasypiam w tym samym pokoju. Rok temu, byłem potwornie nieszczęśliwy. Pamiętam jak wówczas czułem to miejsce. Rozpaczliwie chciałem odnaleźć zgubiony sens. Wszystko jednak samo się ułożyło, teraz widzę, że dobrze.

I nie chcę zmieniać niczego, poza sobą.

Wróciłem dziś z pracy i powinienem położyć się spać, bo zawsze tak robię, gdy do pracy idę na ósmą. Dziś jednak postanowiłem, że pójdę na rolki. I mimo, że się wahałem, poszedłem, czego pożałowałem już w autobusie jadącym do centrum. Brakowało mi energii. Poskakałem chwilę po Polach Mokotowskich i wróciłem, głodny. I to ten stan, który chciałem teraz opisać. Mimo, że to dyskomfort, to jednak go lubię, bo wszystko czuję wówczas mocniej, bo przestają pocić mi się ręce i jestem skałą spokojną. I nad tym chciałbym zapanować, bo to dobre uczucie.

Nie uśmiecham się tutaj, bo nie mam do kogo. Podskakuję, gdy coś mnie ucieszy lub zaskoczy. Dziś podskakiwałem, ale mi przeszło, w smutek.