O czasie

Nie chce mi się iść zrobić kolacji, więc może jeszcze coś napiszę, bo to łatwiejsze – choć nie zawsze. Za często stosuję tę wymówkę – nie chce mi się. Zamiast tego powinienem mobilizować się słowami – muszę. Ale chyba zbyt cenię swą wolność, jaka by ona nie była, by w ten sposób zmuszać się do czegokolwiek. Niektóre czynności są takie trudne, albo dają tak niewiele satysfakcji, że nie warto ich robić, jeżeli nie ma takiej potrzeby. W tej chwili czuję, że mój żołądek zaczyna protestować, więc kolacja jednak będzie, ale nie dlatego, że to przyjemne, a dlatego, że robie wszystko by jutro zobaczyć słońce. Niewiele mi od życia trzeba, czego strasznie żałuję. Niepokorny to może i jestem, ale do nienasycenia wiele mi brakuje.

Myślenie o brakach jest pozbawione sensu, bo nic z tego nie wyniknie, prócz kilku słów na blogu i poszerzeni wiedzy na swój temat o te kilka spostrzeżeń. Trzeba działać, wówczas można zasnąć, wiedząc, że nie marnuje się czasu, którego przecież nie mamy wiele, i którego nie będzie trzeba żałować. Bo mało czasu mają Ci, którzy nie potrafią nic z nim zrobić.

Diabeł tkwi w szczegółach!

Nie, to nie jest tak, a może jest wprost przeciwnie. Nie działam, nie tworzę, tylko gromadzę, ale tylko niektóre rzeczy zostają za mną na dłużej. Nie tworzę i to mnie boli, nie pamiętam jeżeli nie używam. Mam słabą pamięć. Gromadzę, ale zapominam. Mam plany, ale ich nie realizuję, tylko magazynuję. Robię to, co jest niezbędne, by jutro wstało słońce. Choć patrzę w przyszłość i widzę tam siebie, to nie robię nic w kierunku tego, by znaleźć się tam, gdzie chcę. Wiem, że jestem stanie osiągnąć wiele, ale mi się nie chce, bo wolno myślę, bo gdy jest inaczej, to szybko zaczyna brakować mi energii. Poprawiam się gdy mogę, i tak codziennie staram się lepiej prosić o te bułki, co je zjadam na śniadanie i codziennie lepiej wychodzi mi pakowanie ich do torby. Wkrótce osiągnę mistrzostwo i przejdę na emeryturę.

Boję się, bo często to robię. Boję się, że nie jestem stworzony do rzeczy wielkich, nawet tych wielkich w mikroskali, tych gdy ludzie patrzą na ciebie i zastanawiają się jak to robisz, skąd to wiesz. Mam wiedzę, szeroką i płytką. Trochę to za mało by zostać mistrzem. Pozostaje mi być dobrym człowiekiem, ale i to mi różnie wychodzi. Widzę swoje granice i przeszkadzają mi one, ale wciąż liczę, że uda mi się je przekroczyć bez wysiłku.

Za dużo o tym myślę, a za mało działam, więc pójdę wyprasować koszulę, bo tu jestem w stanie wiele osiągnąć. Czasami wydaje mi się, że wiem, gdzie tkwi problem – w szczegółach, które zaniedbuję, bo kto by bez okazji odkurzał w pokoju. Tego nie umiem.

Urlop

Byłem w domu, bo bywam tam czasem. Jakieś inne to lato niż wszystkie, przyszło cicho i jakoś go nie czuć, choć jest gorąco. Jeszcze tylko jutro do pracy, w sobotę dyżur i zaczynam urlop. Całe dwa tygodnie. I będą Bieszczady, pieszo, długo, bez celu i z Natalią. Zapewne uda nam się przetrwać tydzień, a później będzie trzeba wracać. I pobędę w tym moim Zelowie, i będę miał miejsce i czas na Renatę, by ją doprowadzić do porządku, bo po hamulcach, coś z ładowaniem u niej nie halo. Ale i tak ją uwielbiam.

Bo Renata to ze mną na dłużej zostanie, mam nadzieję. Na razie zajmę się drobnymi naprawami, jakich wymaga, a później, w bliżej nieokreślonej przyszłości, dostanie nowe serce – z doładowaniem. Zobaczymy. Zapisuję, by nie zapomnieć.

I będę miał czas na motocykl, bo dawno się nim nie woziłem. Bo w Warszawie nie mam gdzie go postawić, więc został beze mnie.

Cieszę się z tego wolnego.

Degrengolada

Jest taka prawda której się boję. Odwracam głowę i uciekam, nie patrzę, zbywam innymi słowami, to o czym myśleć nie chcę. Czegoś mi brakuję – małego trybika, który pchnąłby mnie na przód. Bez niego stoję w miejscu i ruszyć się nie mogę. Bez niego jestem leniem, i codziennie walczę z tym, by nikt tego nie zauważył. Ale ta jedna rzecz świadczy przeciw mnie niezbicie. Nadal nie jestem magistrem, a mój brat dziś się obronił. I cieszyć się tym nie mogę, bo potwornie się wstydzę. W tej chwili chciałbym zapaść się pod ziemię i tam siedzieć, by nikt na mnie nie patrzył, bo przykro mi cholernie, że tak zawaliłem sprawę.

I mimo, że wszystko zależy ode mnie, czasami wydaje mi się, że jestem gdzieś obok i nie mam wpływu na to, co robię. Wydaje mi się, że na wszystko mam czas, a przecież wciąż się spóźniam. Staram się tego nie widzieć, ale zamiast coś ze sobą zrobić, mocniej odwracam głowę. Krzyczę by zagłuszyć upomnienia, uciekam, by zapomnieć. Nie wierzę już sobie i swoim obietnicom, i to jest najgorsze.

Tylko ona sprawia, że codziennie mam ochotę poznać jutro. Czekam na nią, by wiedzieć dokąd idę. Bo ja jestem niepewny, ale ona jest uparta na mnie. Bo jest w tym rytmie tęsknota.

z wiatru i burzy

Wcale nie zapomniałem, może tylko nie mam nic do powiedzenia, bo wszystko, co chciałbym przekazać, opowiadam jej codziennie przez telefon. Może nie mam ambicji na więcej. A może nie ma czasu aby zrobić coś z czasem.

Natalia była u mnie na weekend i był inny niż wszystkie. Tak, jej mi tu brakowało, nikogo i niczego więcej. Chyba musimy się nie zgadzać, czasami skakać sobie do oczu, obrażać się o byle co, bo jest w tym pewien rytm, który ma sens i który nie ma końca. Wyjechała, a ja odliczam dni do kolejnego spotkania. Gdy spoglądam z boku na to, jak się zachowuję, to dostrzegam, że wciąż potykam się o pierdoły, a gdy zdam sobie z tego sprawę, uśmiecham się, bo wiem, że jestem szczęśliwy, choć ślepy i błądzę czasami.

Trzy historie

Jestem zaszczycony, że mogę być z wami podczas uroczystości ukończenia jednego z najlepszych uniwersytetów na świecie. Nigdy nie ukończyłem studiów. Prawdę mówiąc, nigdy wcześniej nie byłem tak blisko ukończenia uczelni. Dzisiaj chciałbym opowiedzieć wam trzy historie z mojego życia. To wszystko. Nic poważnego. Tylko trzy opowieści.

Pierwsza historia jest o łączeniu punktów.

Zrezygnowałem z nauki w Reed College po 6 miesiącach, jednak pozostałem na uczelni przez kolejne 18 miesięcy, póki ostatecznie nie zakończyłem nauki. Dlaczego więc zrezygnowałem?

Ta historia rozpoczęła się, zanim się narodziłem. Moja biologiczna matka była młodą, niezamężną studentką, która zdecydowała się oddać mnie do adopcji. Uważała, że powinienem być adoptowany przez absolwentów wyższej uczelni, zatem wszystko było ustawione, abym został adoptowany przez rodzinę prawnika. Jednakże tuż po moim narodzeniu postanowili, że chcą jednak dziewczynkę. Moi rodzice, którzy byli na liście oczekujących, dostali w środku nocy telefon: “Mamy nieoczekiwanego chłopca; czy go chcecie?” Odpowiedzieli: “Oczywiście.” Moja biologiczna matka wkrótce jednak zorientowała się, że mama nigdy nie skończyła studiów, a ojciec nigdy nie ukończył szkoły średniej. Odmówiła podpisania ostatecznych dokumentów. Ustąpiła kilka miesięcy później, gdy moi rodzice obiecali jej, że pewnego dnia wyślą mnie na studia.

Tak też się stało, 17 lat później poszedłem na wyższą uczelnię. Jednak naiwnie wybrałem szkołę, która była prawie tak droga jak Stanford – wszystkie oszczędności moich rodziców były wydawane na moją edukację. Po sześciu miesiącach, nie mogłem dostrzec żadnych efektów. Nie miałem pojęcia co chciałem robić w życiu, ani jak studia miałyby mi w tym pomóc. Marnotrawiłem pieniądze, które moi rodzice oszczędzali całe życie. Tak więc zdecydowałem o rezygnacji, wierząc, że wszystko jakoś się ułoży. Był to całkiem przerażający okres, ale patrząc wstecz, była to jedna z najlepszych decyzji, jaką kiedykolwiek podjąłem. W momencie w którym zrezygnowałem, mogłem przestać chodzić na obowiązkowe zajęcia, które mnie nie interesowały i zapisać się na te, które wydawały mi się interesujące.

Nie było jednak w tym czasie różowo. Nie miałem pokoju w akademiku, więc spałem na podłodze w pokoju znajomych, zwracałem butelki po coli za 5¢ kaucji, aby kupić jedzenie, chodziłem w każdą niedziele 7 mil na drugą stronę miasta, aby raz w tygodniu zjeść dobry posiłek w świątyni Hare Krishna. Uwielbiałem to. Wiele rzeczy, do których wtedy doszedłem przez ciekawość czy intuicję, okazały się bezcennymi doświadczeniami w późniejszym okresie. Pozwólcie, że dam przykład:

Reed College oferował chyba najlepszy w tym czasie kurs kaligrafii w kraju. W całym kampusie, każdy plakat, każda etykieta na szafce były pięknie, ręcznie kaligrafowane. Ponieważ nie musiałem uczęszczać na swoje normalne zajęcia, zdecydowałem się zapisać na kaligrafię, aby nauczyć się, jak się to robi. Dowiedziałem się tam o czcionkach szeryfowych i bezszeryfowych, o zmiennych odstępach pomiędzy kombinacjami różnych liter oraz tym, co charakteryzuje dobrą typografię. Było to piękne, historyczne oraz subtelne w sposób, w jaki nauka nie potrafi tego uchwycić. To było fascynujące.

Nie liczyłem nawet, by którakolwiek z tych rzeczy znalazła kiedyś praktyczne zastosowanie w moim życiu. Jednak 10 lat później, gdy projektowaliśmy pierwszy komputer Macintosh, wszystko to do mnie powróciło. Zastosowaliśmy te wszystkie zasady w Mac-u – był to pierwszy komputer, z piękną typografią. Gdybym nigdy nie zapisał się na ten pojedynczy kurs na studiach, Mac nie miałby wielu wzorów czcionek, czy też proporcjonalnie rozmieszczonych znaków. A ponieważ Windows tylko kopiował Maca, prawdopodobnie żaden komputer osobisty by ich nie miał. Gdybym nigdy nie zrezygnował, nie zapisałbym się na zajęcia z kaligrafii, a komputery osobiste mogły by nie mieć pięknej typografii, którą posiadają. Oczywiście nie było możliwe połączenie tych zdarzeń patrząc w przyszłość, podczas gdy byłem na uczelni. Ale było to bardzo, bardzo wyraźne widoczne, patrząc wstecz z perspektywy 10 lat.

Raz jeszcze, nie możesz łączyć punktów patrząc w przyszłość; można je jedynie łączyć patrząc wstecz. Trzeba więc ufać, że w jakiś sposób wydarzenia te połączą w przyszłości. Musisz w coś wierzyć – w przeczucie, przeznaczenie, życie, karmę, w cokolwiek. To podejście nigdy mnie nie zawiodło i wiele zmieniło w moim życiu.

Moja druga historia jest o miłości i stracie.

Byłem szczęsciarzem – wcześnie odkryłem, co chciałbym robić w życiu. Woz i ja założyliśmy Apple w garażu moich rodziców, gdy miałem 20 lat. Pracowaliśmy ciężko, w ciągu 10 lat Apple rozrosło się, od naszej dwójki w garażu, do 2 miliardowej firmy zatrudniającej ponad 4000 pracowników. Rok wcześniej wypuściliśmy nasze najlepsze dzieło – Macintosha – a ja dopiero dobiegłem trzydziestki. I wtedy zostałem zwolniony. Jak możesz zostać zwolniony z firmy, którą stworzyłeś? Cóż, w miarę jak Apple rosło, zatrudniliśmy kogoś, o którym myślałem, że będzie wręcz idealny do prowadzenia wraz ze mną firmy. Przez pierwszy rok, może trochę dłużej, sprawy dobrze się układały. Jednak później nasze wizje przyszłości zaczęły się rozchodzić, aż ostatecznie znaleźliśmy się po przeciwnych stronach barykady. Kiedy tak się stało, nasz zarząd opowiedział się po jego stronie. Tak więc w wieku 30 lat zostałem wyrzucony. Także publicznie przestałem się liczyć. Straciłem to, nad czym się skupiałem przez całe dorosłe życie – to było dewastujące przeżycie.

Przez kilka miesięcy nie miałem pojęcia, co dalej robić. Czułem, że zawiodłem poprzednią generację przedsiębiorców – że upuściłem pałeczkę w sztafecie, gdy ta została mi przekazana. Spotkałem się z Davidem Packardem oraz Bobem Noyce i próbowałem przeprosić ich za to, jak mocno sprawę schrzaniłem. Była to bardzo publiczna porażka i rozważałem nawet, czy nie uciec z Doliny Krzemowej. Jednak coś powoli zaczęło mi świtać – dalej kochałem to, co wcześniej robiłem. Obrót przypadków z Apple nie zmienił tego ani trochę. Zostałem odrzucony, a jednak ciągle kochałem. Tak więc postanowiłem rozpocząć wszystko od początku.

Nie widziałem tego wtedy, ale okazało się, że wyrzucenie z Apple było jedną z lepszych rzeczy, które mogły mi się przytrafić w życiu. Ciężar sukcesów został zastąpiony przez lekkość bycia raz jeszcze początkującym, mniej pewnym wszystkiego. Pozwoliło mi to rozpocząć jeden z najbardziej twórczych kresów w życiu.

W ciągu następnych pięciu lat, stworzyłem nową firmę NeXT, kolejną nazwaną Pixar, oraz zakochałem się w spaniałej kobiecie, która została moją żoną. Pixar wsławił się utworzeniem pierwszego w pełni animowanego komputerowo filmu fabularnego – Toy Story – i jest obecnie jednym z najlepszych na świecie studiów produkujących animacje. W związku z nadzwyczajnym obrotem spraw, Apple zakupiło NeXT, powróciłem do mojej firmy, a technologie stworzone w NeXT są siłą napędową obecnego renesansu Apple. A Laurene i ja, mamy wspaniałą rodzinę.

Jestem przekonany, że nic z tych rzeczy nie wydarzyłoby się, gdybym pozostał w Apple. Było to trudne do przełknięcia lekarstwo, ale chyba pacjent go potrzebował. Czasami życie uderzy cię cegłą w głowę. Nie trać wiary. Jestem przekonany, że jedyną rzeczą, która dawała mi siłę by iść ciągle naprzód było to, że kocham to co robię. Jest to tak samo prawdziwe w pracy, jak i w stosunku do ukochanych osób. Praca wypełni dużą część twojego życia, zatem jedyną możliwością, by być w pełni usatysfakcjonowanym, jest dobrze pracować. Jedynym sposobem, by dobrze pracować, jest robienie tego, co uważasz za wspaniałe zajęcie. Jeżeli jeszcze tego nie znalazłeś, szukaj dalej. Nie spoczywaj. Jak ze wszystkimi sprawami serca, będziesz wiedział, kiedy to odnajdziesz. Tak jak z każdym dobrym związkiem, będzie ci coraz lepiej w miarę, jak będą upływać lata. Zatem szukaj, dopóki tego nie znajdziesz. Nie odpuszczaj.

Moja trzecia historia jest o śmierci.

Gdy miałem 17 lat, przeczytałem gdzieś cytat, który brzmiał mniej więcej następująco: “Jeżeli każdego dnia będziesz żył tak, jak gdyby miał być on twoim ostatnim, pewnego dnia z całą pewnością będziesz miał rację.” Zrobił on na mnie duże wrażenie – od tamtej pory, przez ostatnie 33 lata, patrzę w lustro każdego ranka i pytam: “Jeżeli dzisiaj byłby ostatni dzień mojego życia, czy chciałbym robić to, co zamierzam dziś robić?” Jeżeli odpowiedź brzmiała “Nie” przez zbyt wiele dni z rzędu, wiedziałem, że muszę coś zmienić.

Pamięć o tym, że wkrótce mogę już nie żyć, jest jedną z najważniejszych pomocy, którą napotkałem, przy podejmowaniu wielkich wyborów w życiu. Ponieważ prawie wszystko – oczekiwania otoczenia, cała duma, wszystkie obawy przed porażką lub zażenowaniem – wszystkie te rzeczy nikną w obliczu śmierci, pozostawiając jedynie to, co jest naprawdę ważne. Pamięć o tym, że umrzesz, jest najlepszym sposobem który znam, by uniknąć pułapki myślenia, iż masz coś do stracenia. Jesteś już całkowicie obnażony. Nie ma więc powodu, byś nie podążał za głosem serca.

Jakiś rok temu, zdiagnozowano u mnie raka. Miałem badanie o 7:30 rano, które wyraźnie pokazało nowotwór na mojej trzustce. Nie wiedziałem wtedy nawet, co to trzustka. Lekarze stwierdzili, że prawie na pewno jest to nieuleczalny typ nowotworu, i że nie powinienem oczekiwać żyć dłużej niż 3-6 miesięcy. Mój doktor doradził mi, bym wrócił do domu i uporządkował swoje sprawy, co oznacza w języku lekarzy przygotowanie się na śmierć. Oznacza to, że musisz spróbować przekazać dzieciom w kilka miesięcy wszystko to, co zamierzałeś powiedzieć przez najbliższe 10 lat. Oznacza to, że musisz upewnić się, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, by zbliżający okres był możliwie najłatwiejszy dla twojej rodziny. Oznacza, że musisz się pożegnać.

Spędziłem z tą diagnozą cały dzień. Wieczorem miałem biopsję, gdy wsadzili mi endoskop przez gardło, poprzez żołądek i jelita, wbili igłę w mają trzustkę by pobrać kilkanaście komórek nowotworowych. Byłem pod wpływem narkozy, ale żona, która była ze mną w czasie zabiegu powiedziała, że gdy lekarze oglądali komórki pod mikroskopem, poleciały im łzy. Okazało się, że miałem bardzo rzadką odmianę raka trzustki, która jest uleczalna operacyjnie. Poddałem się zabiegowi, który okazał się skuteczny.

To było moje najbliższe spotkanie ze śmiercią, i mam nadzieję, że najbliższe przez kilka następnych dekad. Przeżywszy to doświadczenie, mogę powiedzieć wam teraz z trochę większą pewnością, że śmierć jest przydatną lecz czysto intelektualną koncepcją:

Nikt nie chce umierać. Nawet ludzie, którzy chcą iść do nieba, nie chcieliby umrzeć, by się tam znaleźć. Śmierć jest przeznaczeniem, które wszyscy dzielimy. Nikomu nigdy nie udało się jej wymknąć. Tak też powinno być, ponieważ śmierć jest prawdopodobnie najważniejszym wynalazkiem życia. Jest pośrednikiem wymiany życia. Usuwa stare, by utorować drogę nowemu. Teraz, wy jesteście tym “nowym”, jednak pewnego dnia w nie tak odległej przyszłości, stopniowo sami staniecie się “starym”, powoli odsuniętym na bok. Przepraszam, za przedstawienie tego w taki dramatyczny sposób, ale tak właśnie wygląda życie.

Wasz czas jest ograniczony, więc nie marnujcie go, na życie życiem innych. Nie dajcie złapać się w dogmat, którym jest życie koncepcjami myślenia innych ludzi. Nie pozwólcie, by szum opinii innych zagłuszył wasz własny wewnętrzny głos. I co najważniejsze, miejcie odwagę podążać za głosem waszego serca i intuicji. One w jakiś sposób już wiedzą, kim na prawdę chcecie być. Wszystko poza tym, jest drugorzędne.

Kiedy byłem młody, popularna była zdumiewająca publikacja zwana The Whole Earth Catalog, która była jedną z biblii mojej generacji. Została stworzona przez Stewarta Branda, nie tak daleko stąd, w Menlo Park, tchnięta do życia przez jego poetycki dotyk. To było pod koniec lat 60, przed erą komputerów osobistych oraz komputerowego przygotowywania tekstów do druku, zatem była wykonana za pomocą maszyn do pisania, nożyczek oraz aparatów polaroid. Było to coś w rodzaju Google w formie papierkowej, 35 lat nim te się pojawiło: było idealistyczne oraz przepełnione przydatnymi narzędziami i wielkimi myślami.

Stewart oraz jego team wydali kilka części The Whole Earth Catalog, i gdy projekt ten dobiegł swojego kresu, przygotowali ostatnie wydanie. Była połowa lat 70, a ja byłem w waszym wieku. Na tylnej okładce ostatniego numeru zamieszone zostało zdjęcie pustej drogi o poranku, takiej, na jakiej możecie się znaleźć podróżując autostopem, jeżeli jesteście na tyle żądni przygód. Poniżej niej znajdowały się słowa: “Pozostań nienasycony. Pozostań nierozsądny.” Było to ich pożegnalne przesłanie na zakończenie projektu. Pozostań nienasycony. Pozostań nierozsądny. Zawsze sam sobie tego życzyłem. Teraz, gdy kończycie uczelnię by rozpocząć na nowo, życzę wam tego samego.

Stay Hungry. Stay Foolish.

(Steve Jobs, 12 czerwca 2005, Stanford University)

Paranoid Android

Utykam estetycznie na jedno oko, a dni pokonuję małymi kroczkami. Ciężką miałem głowę jeszcze godzinę temu, ale to minęło niepostrzeżenie. Niewiele udaje mi się zrobić, nie potrafię się rozpędzić, ale perspektywa, gdy stanę i popatrzę przed siebie, jest miła. Tylko za ciężko zdać sobie z niej sprawę, gdy wciąż patrzy się wstecz, na drogę.

To nie jest lekkie, to nawet nie jest ważne, ale zostawiam tutaj ślad, bo mimo tego, że teraz twierdzę inaczej, na pewno tu wrócę, by przeczytać i przypomnieć sobie, co ukryłem między słowami.

Po północy

I znowu w Zelowie. Tylko na tę noc, i takie to smutne. Czuję wszędzie zapach, do którego tak przywykłem. Wybrałem się na przejażdżkę na rolkach, po północy. Tak tutaj spokojnie. Nikogo nie ma o tej porze na ulicach, całe miasto należało do mnie. I łezka się w oku kręci, że to już za mną. Że coraz bardziej tu obcy jestem, choć w takich chwilach jak ta, czuję inaczej, bo wciąż tli się we mnie dziecko, które tu żyje. Na każdym zakręcie widzę swoje ślady sprzed lat. Patrzę na te ulic, chodniki i drzewa i wiem, że tu byłem, nie raz. Że wszystko kiedyś miało tu miejsce, i że znaczyło wówczas więcej, niż dziś. Że to wszystko już się wydarzyło i tylko ja o wciąż o tym pamiętam. Boli to, że już zawsze będę się mijał z osobami, które chciałbym tu spotkać. Że nikomu do głowy nie przyjdzie poszukać mnie po północy. Bo ja wciąż tym samym chłopcem jestem, tym który spacerował tutaj nocą, który szukał siebie w cieniu i szukał jej, która robi podobnie.

I tak jeździłem po moim mieście, piękniejszym od innych, bo żal wyjechać jutro bez pożegnania, bez przetarcia ścieżek. Odwiedziłem koleżankę na cmentarzu, której nigdy nie znałem, a do który przychodzę, gdy mogę. Zmarła 7 lat temu, miała 16 lat. Popełniła samobójstwo i dobrze zapamiętałem jej pogrzeb. Porozmawiałem i popłakałem trochę.

Patrzę na to jak dziecko, bo gdy spojrzę inaczej, to zawsze płaczę, bo boli mnie przemijanie. Bo inaczej, to miasto jest smutne, bo nie ma tu już nikogo, kogo znałem, wszyscy się zestarzeli, i wszyscy, prócz mnie, dorośli. A zostały te drzewa, chodniki i lampy uliczne. I w ten sam sposób rzucają cień, a wszystko jest tak podobne do tym najlepszych wspomnień, że pogodzić się ze stratą nie mogę.

Odwiozłem Natalię, jutro wracam. Codziennie się widzimy, a mi jej wciąż mało. Bo uwielbiam spędzać z nią każdą chwilę, bo wówczas wątpliwości znikają i głupio nie myślę. Dobrze mi przy niej, uparta jest na mnie i sprawia, że rzadziej błądzę we wspomnieniach, dzięki czemu mniej się smucę.

Wiosenne przesilenie

Zacznę od tego, iż zapomniałem wczoraj wspomnieć, że gdy wychodziłem z pokoju, przemaszerowała przede mną jakaś dziewczyna w majtkach. Całkiem fajna dziewczyna. Koleżanka kolegi. Tak cicho byłem, że wydało im się, że są sami. Ożywcze doświadczenie. Ponadto wczoraj postanowiłem, że dziś wcześniej wstanę, bo chciałem podzwonić po warsztatach i znaleźć mechanika dla Renaty. No, ale wstać dużo wcześniej mi się nie udało, więc zamówiłem tylko pompę hamulcową, którą jutro rano mam odebrać, przez co znowu się nie wyśpię. Jutro też będę musiał szukać dalej.

Po pracy byłem na rolkach, tam gdzie zwykle. Coś powoli idzie mi nauka jazdy, a przecież tyle już czasu na nich spędziłem. W drodze do domu przypomniało mi się, jak było rok temu. I szybko postanowiłem o tym nie myśleć. A teraz czas przyśpiesza. Zaczynam czytać książkę „Białe zęby” ale wydaje mi się niedojrzała. A może to ja jestem na nią za stary. Ale to dopiero początek, więc dam sobie szansę.

A na iPodzie od dwóch miesięcy ten sam miks – Gentleman i Strachy na lachy, ale o tym kiedy indziej.