Wiosna, wiosna, wiosna – Ach, to ty!

 

Do Warszawy dotarła w końcu wiosna. Po raz pierwszy od września czuję w powietrzu ciepło. Ale przecież to już niemalże kwiecień. Szybko minął mi czas od nowego roku, szybko minął październik, listopad i grudzień. Niewiele pamiętam, poza tym, że niemalże co tydzień jeździłem wówczas do Poznania. Po nowym roku, Natalia wyjechała do Norwegii, a ja weekendy spędzałem w Warszawie.

 

Bo to było tak, że od sierpnia do stycznia, spędziłem w Warszawie tylko 3 weekendy i tylko dlatego, że pracowałem w soboty…

 

Dziś słońce rozgrzewało moją twarz, ciepły wiatr rozwiewał włosy, a zapach powietrza obiecywał, że tak już zostanie. I wierzę mu. Brakuje jeszcze tylko zieleni, ale i ona gdzieniegdzie się pojawia.

 

A roku temu… Było inaczej, jeszcze przed wyjazdem do Poznania, jeszcze w Zelowie, choć już z planami na najbliższe miesiące. A maj miał być szalony, a lato gorące.

 

Co do tytuły wpisu, coś mi świta, że już kiedyś inny tak nazwałem.

 

Powrót? Nie wiem. Ile ich już było? Wszystko zaczęło się tutaj, 6 lat temu. Mocno trwało przez 20 miesięcy, by się rozpłynąć. Choć wówczas jeszcze nie straciłem głupiej nadziei. A teraz, jestem bardzie doświadczony i być może choć trochę mądrzejszy.