W noc podobną do innych…

Dziś w noc podobną do innych, skończył się kolejny dzień.

A ja postanowiłem przejechać miasto rowerem. Było pusto, bo późno – po 24, bo niedziela. Zauważyłem jednak, że już nikogo w tym mieście nie ma. Nagle wydało mi się ono opustoszałe, pozbawione swych ram, które wyznaczały jego granice. Gdzieś tam… Karolina, Michał i inni znajomi, których imiona zapomniałem. Rozlałem się na całe miasto i popadłem w melancholię. Zatęskniłem za tamtym Zelowem, pełnym niezbadanych dróg, wypełnionego szeptami przyjaciół. Dziś miasto wydało mi się pozbawione swego kolorytu, stało się zwykłą osadą, gdzie śpią ludzie, ludzie, których nie znam.

Chyba chcę wyjechać.

Tak mi żał minionych lat. Tego przeświadczenia, że gdzieś tam… a jednak blisko, znajdę Karolinę. Dziś wydaje mi się, że już jej nie spotkam w tym mieście. Żal mi tej granicy, po przekroczeniu której, byłem od niej na wyciągnięcie ręki… o rzut kamieniem.

Co teraz robi? Pracuje? W Poznaniu? W Anglii? Podróżuje po Europie? Z chłopakiem? Ma złamaną nogę? Ścięła dredy? Kocha?

Jutro, gdy nadejdzie dzień zapomnę o wszystkim, bo to boli, takie doświadczenie czasu i miejsc. A za rok będę daleko stąd, bo rok temu tu byłem, i byłem tu zawsze.