scenariusz i scenografia

Chciał bym przynajmniej umrzeć. Dla własnej wiklinowej, przeplatanej szaleństwem fantazji. Schowany w butelce wrzuconej do oceanu. Uśpiony szeptem morskich fal gdzieś daleko od wszystkiego. Za wielki jest dla mnie ten świat. Nie mam go z kim dzielić. Pochłania mnie i wkrótce już nic ze mnie nie zostanie.

a wokół te same kroki i ślady na ścieżkach biegnących w tym samym kierunku co milion chwil wcześniej. ten sam choć już nie tak bogaty ja i inni ludzie, którzy zamiast dawać zabierają. Bogaty w niewiele bezcennych wspomnień, których nikt nie jest w stanie docenić bardziej niż ja. Żebrak o twarzy błazna, bez perspektyw, zagubiony w zapadającym mroku.

stłuczone lustro w moim sercu

Dopiero przed chwilą zdałem sobie sprawę, że do dziś miałem podjąć ostateczną decyzję. To nie łatwe, lecz jutro będzie już za późno. Zapomniałem nawet o dawnych przyrzeczeniach i żalu podczas nieprzespanych nocy. Dziś już tak nie boli, jestem znieczulony, tylko głupio się uśmiecham. Teraz jest mi dobrze, mam tylko niejasne przeczucie, że wkrótce będzie jak dawniej i nie będę potrafił uzasadnić decyzji, którą podejmę dziś. Życie jest okrutne, z decydujących chwil robi nam komedię a później każe żyć w sposób jaki sami sobie wybraliśmy. Jest źle ponieważ którejkolwiek drogi bym nie wybrał pójdę w złą stronę.

kryształowe wspomnienia, nienamalowana przyszłość

Jutro wszystko już będzie inne, przegram kolejną bitwę, wiem że nikt tego nie dostrzeże. To będzie najbardziej bolesne. To tylko moja wina, dziś jest już za późno by cokolwiek udało się zmienić. Nieuchronna porażka zbliża się z każdą sekundą. Tyko ja się niepokoję, innym nie dałem ku temu powodów. Dlaczego? Ponieważ chciałem żyć jak dawniej, za bardzo ceniłem swoją wolność. Mam jeszcze czas, ale czy warto ostatnie chwile poświęcać przegranej sprawie? Nie potrafię się zmienić, być może przed samym końcem będę żałował odrobiny satysfakcji, po którą nie chciało mi się wyciągnąć dłoni.

grawitacja, część pierwsza

Czekałem, sam, końca drogi nie ujrzałem choć byłem blisko, czekałem lecz już nie mam gdzie. Muszę wracać jeżeli mam kiedykolwiek jeszcze raz spróbować. Mówią, że zmarnowałem masę czasu. Nie rozumieją mnie, nie wiedzą, jak bardzo byłem szczęśliwy myślą o tym co się nigdy nie stało a co stać się w każdej chwili mogło. Dlaczego oni mnie oceniają, dlaczego chcą bym słyszał co o mnie myślą. Nie zrobię sobie tego i nie będę taki jak oni, choć zaprzeczam sam sobie, ponieważ jestem do nich podobny, tylko coś mnie powstrzymuje, moje przekleństwo i zarazem jedyna szansa… coś czego mi brakuje.

Dobrze, że siedzą na poduszkach niewysoko nad ziemią, bo dziś siła, której tak bardzo się domagałem zachwiała moją równowagą. I to kpina z mojej prawdomówności bo równowagi nie posiadam, popadam ze skrajności w skrajność odmienną. Szkoda tylko, że średnia mojego życia wyniesie 0.
Nie spadłem, jednak omal się nie utopiłem. Gdybym znał odpowiedzi choć na niektóre pytanie dręczące moja rzeczywistość, nie musiał bym się uczyć pływać w przyspieszonym tempie, nie musiał bym wstrzymywać oddechu na tak długo. Stracił bym jednak szansę na nieprawdopodobną historię mojego życia. Nie poczuł bym kłucia pod paznokciami, bólu bez którego nie potrafię docenić szczęścia. Płakałem co dziwi wszystkich tylko nie mnie.

Jest taka chwila, w której zdaję sobie sprawę jak marnym żyjątkiem jestem. To chwila, po której wszystko jest już tylko trudniejsze. Takich chwil było w moim życiu w ostatnich dniach tyle, że swoim ciężarem mogły by z ziemi zrobić naleśnik na patelni wszechświata.
Jednak za daleko mi do Ciebie… Za daleko do szczęścia.

To nie prawda, że piszę zbyt osobiście. Nie potrzebuję nikogo do życia. Tak mi ktoś powiedział.

bose ślady

Jak mam teraz wyłączyć komputer? Co ty najlepszego narobiłaś Karolina ? ;-)

Nie jest mi wcale źle, nie jest też dobrze, miałem nie pisać, lecz tamten blog lepiej wygląda gdy jest pusty. Nie będę tu pisał często, choć znając siebie będę to robił częściej lub wcale. Ukrywam tyle ważnych spraw, tyle pilnych dokumentów, że nie dziwił bym się gdyby ktoś ściął mi wkrótce głowę. I tylko to co tu piszę ma czasami jakiś sens w mojej rzeczywistości zawsze jest podobnie, by nie rzecz, że tak samo. Sądziłem, że takie jest życie, do póki do póty ktoś nie pokazał mi drzwi z kłódką, do której klucza nie potrafię dorobić!

Brakuje mi czegoś, oddał bym wszystko co mam za tę jedną rzecz. Bez niej jestem bezużyteczny. Jak spalona żarówka, jak telefon bez słuchawki!

Miło mi niezmiernie i cieszę się tak samo… Tylko gość przed lustrem nie nosi już cylindra i inne powietrze wypełnia jego ciało. To chęć przetrwania, nie dla innych lecz dla siebie. By jeszcze raz móc poczuć czas i móc go bezgranicznie zakrzywiać, tam i tu, z nią i bez niej. Jestem egoistą z zawodu… krytykiem z przekonania… ślepcem z wyboru… To nie jest dobre połączenia a wystarczyło być zmienić jedno by wszystko stało się prostsze. Nie potrafię rozmawiać, nie umiem pisać, za to doskonale przywiązuję się do osób, które nie chcą o mnie pamiętać.

pomarańczowy koper

Ludzi odchodzą a wystarczyło by mnie choć raz odwiedzić i zapytać jak się czuję. Siedziałem pośród tych świec i postanowiłem pisać, lecz już nie tutaj. Dlaczego, dokładnie sam tego nie rozumiem, odczułem głęboka potrzebę by zacząć wszystko od nowa, to na pewno. Tamten dziennik jest również pomarańczowy, jest bardziej mój, chwilowo. Poza tym już nie udaję i nie mam zamiaru. Boję się jednak tego, że nie dorosłem do tak szlachetnego tytułu…

pomarańcza

Spokój tylko teoretyczny, a jednak ukojenie, może nawet szczęście! Zakręcone to były dni, sierpień minął niepostrzeżenie, na pewno jeszcze szybciej a nic się przecież nie działo. Teraz strach i totalna jego olewka, cóż chyba za tym tęskniłem. W tej chwili nawet to nie jest najgorsze. Najgorsze jest to, że nie wiem co jest nie tak.